MICHAŁ DOMAŃSKI, ALEKSANDRA PAKIEŁA

 

Na czas naszej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej (od 1 lipca do 31 grudnia 2011 r.) belgijska metropolia staje się w jakimś stopniu drugą stolicą Polski, przeistacza się w miasto promujące polską sztukę i kulturę. Chociaż w Brukseli często pada deszcz, nikomu to nie przeszkadza. W stolicy Belgii i Unii Europejskiej jest mnóstwo atrakcji dla każdego. Ta kosmopolityczna metropolia przypadnie do gustu zwłaszcza tym, którzy lubią sztukę, dobrą muzykę, przepyszną kuchnię, rozpływającą się w ustach czekoladę czy wyśmienite piwa. To właśnie dla nich przygotowano wiele niespodzianek w ramach programu zatytułowanego Brusselicious 2012. Taką oficjalną nazwę nadano Rokowi Gourmet (skierowanemu do miłośników sztuki kulinarnej) w Brukseli. Jest ona jak najbardziej trafiona, bowiem stolica Unii Europejskiej jest prawdziwą delicją nawet dla najbardziej wybrednych turystów-smakoszy…

 

Brukselczycy są dumni ze swoich frytek, gofrów, małży, pralinek i piwa. Kuchnia belgijska nie cieszy się jednak popularnością na świecie, uważa się ją za nudną i nieurozmaiconą. Nic bardziej błędnego, ponieważ obfituje ona w bogactwo przypraw, różnorodność składników i ciekawe smakowo potrawy. Dzięki programowi Brusselicious turyści mają dowiedzieć się znacznie więcej o tradycjach kulinarnych Brukseli. Będą mogli skosztować małż gotowanych w białym winie z czosnkiem, słynnej gęstej zupy waterzoï(lub waterzooi) z kawałkami kurczaka lub rybą oraz warzywami albo odkryć swój ulubiony gatunek miejscowego piwa… Zobaczą, że w stolicy Belgii potrawy przygotowywane są z francuską finezją i mają niemieckie rozmiary. Przekonają się wówczas, że Bruksela przez okrągły rok jest wymarzonym miejscem dla amatorów dobrego jedzenia.

W okresie średniowiecza tereny dzisiejszej Belgii uchodziły za kulinarne centrum Europy, a to dzięki obfitości egzotycznych składników. Przechodziły tędy główne trasy handlowe (m.in. szlak morski z Indii), dlatego też pełno tu było przypraw – pieprzu, cynamonu, imbiru, szafranu czy gałki muszkatołowej. Zresztą współcześni Belgowie także wykorzystują w gastronomii wiele importowanych produktów. Wędliny, sery i musztardy sprowadzają na ogół z Francji, małże z Holandii, a zioła i przyprawy – niemal z całego świata. Poza tym mają również najwyższej jakości rodzime przysmaki, jak np. mięsa (przede wszystkim dziczyzna), owoce morza czy grzyby. Dodając do nich importowane produkty, Belgowie stworzyli niezmiernie urozmaiconą i bogatą kuchnię.

Jako ciekawostkę warto dodać, że to właśnie Belgia jest ojczyzną cykorii. Zaczęto ją tu uprawiać ok. 1850 r., a stąd rozprzestrzeniła się potem na całą Europę. Na naszym kontynencie miała stanowić substytut kawy. Dzisiaj jest cennym składnikiem sałatek i zup, ale także bardziej wyrafinowanych dań, jak np. faisan a la brabançone, czyli bażant po brabancku. Popularne wśród Belgów są również małże marynowane z ryżem, cykorią i karmelizowanymi pomidorami.

W Belgii zwraca się uwagę nie tyle na piękne podanie dania, co na jego obfitość i doskonały smak. Niezbyt ważne są specjalne dekoracje na talerzu. Dobra potrawa musi być przede wszystkim duża i smaczna. I tak jest właśnie na ogół w Brukseli, w której pracuje wielu wyśmienitych mistrzów kuchni. Dzięki nim stolica Unii Europejskiej zajmuje w oczach ekspertów sztuki kulinarnej równie wysokie miejsce, co popularny wśród turystów-smakoszy Paryż.

Nikogo nie dziwi więc fakt, że coraz więcej brukselskich biur turystycznych oferuje specjalne szlaki, które łączą lokalną historię, tradycje, wyśmienitą regionalną gastronomię oraz słynne belgijskie piwa. Koneserzy tego trunku poczują się w Brukseli jak w raju… Wystarczy tylko, że udadzą się do legendarnego Delirium Café, położonego przy malowniczej uliczce Impasse de la Fidélité, zaledwie 100 metrów od serca miasta – pysznego Grand-Place (Wielkiego Placu). Miejsce to może się pochwalić nie tylko niesamowitą atmosferą, ale przede wszystkim ogromną kolekcją ponad 2 tys. piw z całego świata. Umieszczono ją nawet w Księdze Rekordów Guinnessa! Tylko tutaj możemy spróbować tak wyszukanych i oryginalnych smaków, jak np. czekoladowy czy grejpfrutowy. Bez wątpienia Delirium Café jest obowiązkowym punktem zwiedzania stolicy zjednoczonej Europy dla wszystkich turystów piwoszy.

 

KUCHNIA PIWNA Z DODATKIEM BRUKSELKI

Belgowie słyną na całym świecie ze swojego zamiłowania do piwa (produkuje się tutaj ponad 500 rodzajów tego trunku!). Wykorzystują je jednak nie tylko do samego picia, ale również do gotowania. W ten sposób powstała w Belgii jedyna w swoim rodzaju „kuchnia piwna”. Ten złocisty trunek dodawany do dań nadaje kruchość mięsom, rybom aromat, a warzywom goryczkę. Poza sztandarowymi belgijskimi potrawami, takimi jak królik czy wołowina w piwie, istnieją też trochę mniej znane, np. wątróbka cielęca po brukselsku. Tej ostatniej, odwiedzając stolicę Unii Europejskiej, trzeba koniecznie spróbować. Przygotowuje się ją nie tylko z piwem (Geuze), ale także z brukselką. Są to jedynie wybrane przykłady „kuchni piwnej”, bowiem można by było długo wymieniać pyszne dania polewane złocistym trunkiem, jakie możemy skosztować w restauracjach w Brukseli.

Za jeden z symboli belgijskiej gastronomii uważa się również brukselkę, czyli kapustę warzywną, którą wyhodowano w Belgii w XII w. To właśnie stąd rozpowszechniła się ona potem na całą Europę. Brukselka przypomina wyglądem miniaturę zielonej kapusty. Należy do warzyw, które – ze względu na swoje duże wartości odżywcze – są szczególnie polecane przez dietetyków. Sezon na nią trwa od października do końca stycznia (a czasami nawet do marca), co jest widoczne w brukselskich restauracjach.

 

BELGIJSKIE WYNALAZKI

Mało kto wie, że to Belgowie „wynaleźli” frytki. Ten belgijski przysmak sprzedaje się dzisiaj w Brukseli w specjalnych budkach (frituur lub fritkot) i podaje z różnymi sosami, najczęściej z majonezem. Podobno najlepsze frytki na świecie zjemy właśnie tutaj. Ich tajemnicą jest połączenie specjalnego gatunku ziemniaków z odpowiednim smażeniem.

Belgijską metropolię nazywa się także czekoladową stolicą i ojczyzną pralinek. Wyrabianą tu czekoladę uważa się powszechnie za najbardziej luksusową i najlepszą na świecie. W 1912 r. brukselski mistrz czekoladnictwa Jean Neuhaus II wpadł na pomysł, żeby ją nadziewać masą kremową lub orzechową. W ten sposób powstały słynne belgijskie czekoladki – pralinki, które w przyszłym roku obchodzić będą 100-lecie istnienia. Nikogo nie dziwi więc fakt, że w Brukseli mieści się Muzeum Kakao i Czekolady (Musée du Cacao et du Chocolat). Znajdziemy je w pobliżu pięknego Grand-Place. Jest to obowiązkowy punkt zwiedzania dla wszystkich amatorów słodkości. W tym interesującym muzeum zapoznamy się z historią kakao, sposobami produkcji czekolady i tradycyjną metodą wytwarzania belgijskich pralinek.

            Kolejnym kulinarnym wynalazkiem Belgów są gofry. Rozsławił je na cały świat mieszkaniec Brukseli – Maurice Vermersch, który oferował je na swoim stoisku podczas Światowej Wystawy EXPO w Nowym Jorku w 1964 r. Najbardziej popularne są gofry brukselskie (gaufres de Bruxelles) i te z Liège (gaufres de Liège). W belgijskiej metropolii najczęściej podawane są one z truskawkami i bitą śmietaną.    

 

SŁYNNE MULE

Belgowie mają swój sezon na małże czy – jak kto woli – mule (moules). Rozpoczyna się on we wrześniu i kończy w kwietniu. Obecnie, ze względów komercyjnych, często można usłyszeć, że jego początek przypada już na lipiec (okres wakacyjny). W witrynie każdej knajpki pojawia się wówczas napis Les moules sont arrivées, czyli „Mule przybyły”. Dla mieszkańców Brukseli małże kojarzą się nie tylko z wyśmienitą potrawą, ale i z wielowiekową tradycją spotkań towarzyskich w grupie przyjaciół czy znajomych.

            Jeśli cenimy sobie belgijskie kulinarne wynalazki albo jesteśmy miłośnikami muli, a także lubimy najeść się do syta, to na pewno nie zawiedziemy się daniami, jakie serwowane są w restauracjach w stolicy Unii Europejskiej. Będąc w Brukseli, koniecznie powinniśmy spróbować symbolu kulinarnego Belgii – muli z frytkami (moules et fritest). Jeżeli nie przepadamy za owocami morza, to również mamy w czym wybierać… Wystarczy tylko wspomnieć o zającu w piwie (lapin a la biere) czy też zapiekanej cykorii (chicons au gratin). Bez wątpienia belgijska metropolia jest doskonałym miejscem dla prawdziwych smakoszy.

 

ODYSEJA KULINARNA PO BRUKSELI

Stolica Belgii od zawsze znajdowała się na skrzyżowaniu różnych kultur, kuchni i mód. Bogate tradycje kulinarne Brukseli posłużyły do stworzenia atrakcyjnego programu promującego to kosmopolityczne miasto wśród najbardziej wybrednych smakoszy z całego świata – Brusselicious 2012. W ramach tego ambitnego całorocznego projektu przygotowano mnóstwo interesujących wydarzeń kulturalnych. Będą one poświęcone przede wszystkim miłośnikom dobrej kuchni. Rok 2012 w belgijskiej metropolii zapowiada się więc niezwykle smakowicie…

            Trudno w tak krótkim artykule przedstawić wszystkie zaplanowane imprezy, ale na pewno warto wspomnieć o kilkumiesięcznym Monumentalnym Programie, który przygotowano na okres od marca do października w wielu miejscach stolicy Unii Europejskiej. Zadedykowano go kilku symbolom brukselskiej gastronomii – małżom, frytkom czy „urodzonej” tutaj małej brukselce. Mają one na każdym kroku przypominać turystom o obchodzonym hucznie w tym mieście Roku Gourmet. W listopadzie zaplanowano słodki Tydzień Czekolady (La Semaine du Chocolat). Przez okrągły rok po belgijskiej metropolii będzie kursował specjalny tramwaj z jedzeniem – tzw. The Brussels Food Tramway. Zostanie on przekształcony w oryginalną restaurację, która będzie czekać na turystów-smakoszy. Przewidziano dla niego każdego wieczoru dwugodzinną trasę po Brukseli. Podczas podróży tym tramwajem goście będą mieli okazję skosztować wyśmienitych potraw i zwiedzić stolicę Belgii. W sierpniu w programie Brusselicious 2012 znalazł się interesujący weekendowy Festiwal Gastronomiczny (Festival Gastronomique). Podczas niego mieszkańcy Brukseli i turyści będą mogli podziwiać w parku miejskim pokazy gotowania i degustować smaczne dania. Swoje stoiska przygotują brukselskie restauracje, piekarnie, cukiernie, kawiarnie, winiarnie, producenci słynnych belgijskich czekolad i pralinek, jak również doskonałych serów czy lodów. Wyśmienitych delicji nie zabraknie więc dla nikogo… Co najważniejsze, ten atrakcyjny festiwal ma być powtarzany co roku. Natomiast na wrzesień zaplanowano tzw. rajd od kawy do piwa (le rallye des cafés à bières). Ma on poprowadzić turystów po kawiarniach, bistrach, barach oraz pubach i browarach (brasseries), które są centrami kultury picia i warzenia piwa oraz prawdziwym symbolem belgijskiej metropolii. Podczas takiego „rajdu” będzie można spróbować wielu gatunków najlepszych regionalnych trunków. Jak więc widać, w ramach projektu Brusselicious 2012 na miłośników sztuki kulinarnej czeka w stolicy Belgii moc atrakcji. Z całym niezmiernie bogatym programem Roku Gourmet w Brukseli można się zapoznać na stronie internetowej www.brusselicious.be.

 

POLSKIE SMACZKI W STOLICY EUROPY

Amatorzy dobrej kuchni odwiedzający belgijską metropolię mogą również natrafić na polskie restauracje. Właśnie tym Bruksela wyróżnia się spośród innych europejskich stolic. Chyba tylko tu nasza kuchnia jest tak widoczna i doceniana przez cudzoziemców. W belgijskiej metropolii istnieje już kilka polskich restauracji, np. „Zagłoba” w Centrum Polskim przy Rue du Croissant, „Le Chevalier de Rhodes” (kuchnia grecka i polska) przy Parvis de la Trinité czy Pierogi Café przy Pl. Bizet w Anderlechcie (wkrótce właściciele otwierają drugi punkt w stołecznym regionie). Zresztą Belgowie i Polacy są na pewno co najmniej w dwóch rzeczach podobni do siebie – lubią najeść się do syta i napić piwa. Dlatego też brukselskie restauracje (zarówno z kuchnią belgijską, jak i polską) to wymarzone miejsce dla turystów-smakoszy z Polski.

            Kolejny polski smaczek w stolicy Europy odkryjemy, kiedy będziemy zwiedzać modny park miniatur z najsłynniejszymi budowlami z naszego kontynentu – Mini-Europe. Odwiedza go rocznie ponad 300 tys. turystów z całego świata. W ciągu kilku godzin można tu zobaczyć najbardziej czarujące miejsca w Europie, jak np. Wieża Eiffla w Paryżu, londyński Big Ben, brukselski Grand-Place (Wielki Plac) czy ateński Akropol. Pośród nich znajdują się także obiekty z Polski – Dwór Artusa, fontanna Neptuna i Pomnik Poległych Stoczniowców z Gdańska. Przy tablicach informacyjnych o każdym z 27 państw członkowskich Unii Europejskiej mieszczą się przyciski, po których naciśnięciu usłyszymy wybrany hymn narodowy (w tym też naszego Mazurka Dąbrowskiego). Oczywiście, jak przystało na Brukselę, miasto, które wymyśliło projekt Brusselicious 2012, w sympatycznym Mini-Europe mieści się również restauracja z tarasem widokowym – tzw. Europejska Tawerna (La Taverne Européenne). W belgijskiej metropolii żaden turysta nie może być przecież głodny podczas zwiedzania! Wizytę w słynnym brukselskim parku miniatur warto zakończyć w interesującym i wciągającym interaktywnym centrum Spirit of Europe (Duch Europy). Sprawdzimy w nim swoją wiedzę o naszym kontynencie i o Unii Europejskiej, w tym i – oczywiście – o Polsce. Będą się tu dobrze bawić całe rodziny…

 

POLSKA PREZYDENCJA A PROMOCJA POLSKI W BRUKSELI

1 lipca rozpoczęła się polska prezydencja, czyli półroczny okres, podczas którego nasz kraj przewodniczy pracom Rady Unii Europejskiej. Jest to zarówno dobry pretekst, żeby poznać bliżej stolicę zjednoczonej Europy, jak również wziąć udział w licznych wydarzeniach promujących w Brukseli w drugiej połowie 2011 r. sztukę i kulturę rodem z Polski. W sumie w belgijskiej metropolii w ciągu sześciu miesięcy prezydencji zaplanowano blisko 60 projektów artystycznych. W programie kulturalnym dominuje prezentacja naszego kraju, jakim on jest w XXI w., w 2011 r. Będzie więc można podziwiać przede wszystkim dokonania młodych twórców i polskiej sztuki współczesnej. W stolicy Belgii będzie jednak obecna również twórczość klasyków XX stulecia, m.in. Karola Szymanowskiego, Czesława Miłosza i Stanisława Lema. Polskie projekty zaprezentowane zostaną w najlepszych centrach sztuki, galeriach, klubach i teatrach Brukseli, jak np. Centrum Sztuki Pięknej BOZAR czy Teatr Królewski La Monnaie (Le Théâtre Royal de la Monnaie). Ze szczegółowym programem kulturalnym polskiej prezydencji i wydarzeniami, jakie przygotowano w belgijskiej metropolii, można zapoznać się na stronach internetowych www.culture.pl oraz www.culturepolonaise.eu (serwis kulturalny Ambasady Polski w Belgii, Instytutu Polskiego w Brukseli).

            Jak więc widać, stolica zjednoczonej Europy jest dla turystów z Polski szczególnie bliska i interesująca teraz oraz w całym przyszłym roku. Polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej i ambitny brukselski projekt Brusselicious 2012 gwarantują nam moc atrakcji dla ciała i duszy. Jedno jest pewne – Bruksela nie zawiedzie nawet najbardziej wybrednych znawców i miłośników sztuki. To bez wątpienia jedno z najpyszniejszych miast na świecie…


 

Artykuły wybrane losowo

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

 

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…

DOMINIKANA TO STAN UMYSŁU

MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

Więcej…