MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Staram się stronić od biernego wypoczynku. Leżenie bez ruchu na plaży uznaję za konieczne jedynie wtedy, gdy dostatecznie się zmęczę np. podczas żeglowania, nurkowania czy snorkelingu. Pomysł wyprawy do Meksyku nie od razu wydał mi się ciekawy, gdyż kojarzył mi się stereotypowo z męczącymi wakacjami w dyskotekowych kurortach Jukatanu. Na szczęście, bardzo szybko przypomniałam sobie fascynujące opowieści o tutejszych jaskiniach, tzw. cenotach, i niezwykłych podwodnych ogrodach wokół wyspy Cozumel. Moją wyobraźnię dodatkowo pobudził artykuł o poszukiwaczach skarbów, którzy odkryli zatopiony galeon z czasów konkwisty, pełen złota i bogactw z Nowego Świata. Gdy w przewodnikach ujrzałam zdjęcia gęstego lasu równikowego (selwy), piramid Majów i wulkanów wznoszących się ponad 5 tys. m n.p.m. tuż nieopodal meksykańskiej stolicy (Ciudad de México), klamka zapadła. Byłam gotowa na przygody w Ameryce Północnej!
Choć podróż trwała długo, udało mi się przeżyć ją bez większych trudności. Nocny lot z dwoma przesiadkami – w Monachium i w mieście Meksyk – zakończył się szczęśliwym lądowaniem na międzynarodowym lotnisku w Cancún (gdybyśmy przełożyli nasze wakacje o miesiąc, moglibyśmy polecieć już bezpośrednio z Warszawy samolotem Boeing 787 Dreamliner). Półwysep Jukatan stanowi najpopularniejszy turystyczny region wśród Meksykanów. Dlatego znajdziemy tu zarówno hotele oferujące pobyt w formie all inclusive (np. w Cancún), jak i inne, położone nieco bardziej na uboczu ośrodki wypoczynkowe. My zdecydowaliśmy się na ten drugi wariant zakwaterowania i jako bazę wypadową do zwiedzania okolicy wybraliśmy klimatyczne i spokojne miasto Playa del Carmen. Dzięki temu poranną kawę mogłam sączyć, spoglądając na cudny wschód słońca rozświetlającego złotymi promieniami wody Morza Karaibskiego. Dla tych poranków, zapachów i smaków warto podjąć trud 24-godzinnej podróży.

 

JUKATAŃSKI REZERWAT
Oferta turystyczna Jukatanu przytłacza swoim ogromem. Półwysep zachwyca rozmaitymi cudami przyrodniczymi, kulturowymi, kulinarnymi i historycznymi. Jeśli możecie sobie na to pozwolić, spróbujcie wszystkiego. Czego byście nie wybrali, będziecie oszołomieni.
W języku Majów Sian Ka'an oznacza „miejsce, gdzie rodzi się niebo” lub „dar nieba”. Ja bez wahania przetłumaczyłabym to na „raj na ziemi”. Na obszarze Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an odkryjemy niesamowite i różnorodne biotopy – las tropikalny, laguny, cenoty, zarośla mangrowe czy bagna, a wszystko okala wybrzeże morskie z barierową rafą koralową. W tym zakątku poczujemy się jak w środku filmu przyrodniczego stacji BBC lub Discovery Channel. Potęga przyrody, rozmaitość form i kształtów po prostu powalają. Nasze wrażenia potęgował dodatkowo fakt, że 2 dni wcześniej otulaliśmy się puchowymi kurtkami, aby ochronić się przed zimową zawieruchą. Na tym rozległym terenie znajdziemy liczne pozostałości po cywilizacji Majów: majestatyczne ruiny pochłonięte przez las, obrośnięte storczykami i pnączami. W koronach drzew świergoczą rajskie papugi i barwne tukany. Zresztą spotkamy tutaj aż ponad 300 gatunków ptaków!

FOT. MAGDALENA LASOCKA

Zarośla mangrowe w Rezerwacie Biosfery Sian Ka’an na Jukatanie


Majowie podróżowali między selwą a wybrzeżem przez bagna i wycięli w namorzynach specjalne tunele wodne. Do najciekawszych przygód, jakie udało nam się przeżyć w Meksyku, zaliczam właśnie pokonanie wpław tych kanałów wijących się pośród mangrowców. Z perspektywy żaby podziwialiśmy krystalicznie czystą, turkusową wodę, kolorowe rybki, kwiaty, splątane korzenie drzew, śpiewające tropikalne ptaki. Zapewne na nas spoglądały węże i krokodyle. Szczęśliwcy natrafiają podobno też na manaty karaibskie, nam na pewno powiedzie się następnym razem. Stanowczo nie bez powodu Rezerwat Biosfery Sian Ka'an został wpisany w 1987 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

FORTECA NA KLIFIE
Starożytni Majowie stworzyli bardzo rozwiniętą cywilizację, która długo opierała się hiszpańskim konkwistadorom. Ich historię zrozumiemy lepiej, jeśli odwiedzimy ruiny wspaniałych niegdyś miast, takich jak Chichén Itzá, Cobá czy Uxmal. My ze względu na naszą związaną z wodą pasję złożyliśmy wizytę w Tulum, zbudowanym malowniczo na majestatycznym klifie muskanym przez fale turkusowego Morza Karaibskiego. Tę niezwykłą twierdzę od strony lądu chroni solidny mur, w obrębie którego wzniesiono domy mieszkalne i świątynie, a na szczycie klifu – zabudowania latarni morskiej. Nasz przewodnik w trakcie zwiedzania opowiadał nam historie z życia tego ośrodka. Rysy jego twarzy zdradziły od razu, że jest on potomkiem starożytnych Majów.

FOT. EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V./WWW.IMAGENXPEDITION.COM

Tulum – ruiny starożytnego miasta Majów

 

W milczeniu porównywaliśmy jego szlachetny profil z płaskorzeźbami przedstawiającymi władców i upierzonych bogów, którym składano niegdyś krwawe ofiary. Kawałek dalej leży przepiękna koralowa plaża porośnięta palmami i lasem tropikalnym. W piasku regularnie składają na niej jaja żółwie morskie, a po niebie leniwie szybują tu pelikany. Po kamieniach ruin zwinnie wspinają się iguany, pozujące do zdjęć podekscytowanym turystom. Warto w ten sposób spędzić w Meksyku kolejny udany dzień.

 

MAGICZNE JASKINIE
Cenoty to studnie krasowe wypełnione wodą. Nazwa pochodzi z języka maja od słowa dzonot. Na Jukatanie brakuje rzek, a opady deszczu są nieregularne. Jaskinie zasilają jednak wody gruntowe, krystalicznie czyste dzięki naturalnej filtracji przez wapienne podłoże. Miękki wapień łatwo daje się uformować w spektakularne formy. Nic dziwnego, że cenoty stanowią kultowe miejsce dla nurków. W niektórych studniach nurkuje się w podziemnych labiryntach. W ich przypadku trzeba najpierw otrzymać specjalne uprawnienia do tego typu aktywności. W innych wytyczono strefy rekreacyjne, ponieważ zapuszczanie się głębiej, w ich dalsze zakamarki bywa niebezpieczne. W jaskiniach mających połączenie z morzem słodka woda miesza się ze słoną, co sprawia, że można w nich obserwować pas halokliny (warstwy o dużym stopniu zasolenia). Nurkowanie w cenotach to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a widok promieni słońca rozświetlających ciemność podwodnej groty pozostaje w pamięci do końca życia.

 

SPORT DLA KAŻDEGO
Wyspa Cozumel znajduje się 20 min. rejsu promem od plaż Riwiery Majów (Riviera Maya). Na Karaibach – oczywiście – wszyscy turyści zachwycają się rajskimi krajobrazami, ale tylko wybrańcy wiedzą, że prawdziwe skarby kryją się dopiero pod powierzchnią morza. Nurkowiska na Cozumel rozsławił w swoich filmach znany badacz głębin – Francuz Jacques-Yves Cousteau (1910–1997). Odkryjemy tu kolorowe gąbki, czerwone gorgonie, dostojnie poruszające się w podwodnej przestrzeni żółwie, mureny, barakudy, homary i ławice barwnych ryb. Ciekawych stref do nurkowania jest bardzo wiele i mają one różne stopnie trudności. Niestety, na wyspie spędziliśmy tylko jeden dzień, ale zajrzeliśmy na rafy Palancar i Colombia.
Dla bardziej doświadczonych nurków nie lada gratką mogą być nocne wyprawy na Paradise Reef (Arrecife Paraíso). Ci z was, którzy nie pływają na większych głębokościach, ale potrafią posługiwać się maską z fajką, powinni odwiedzić El Cielo. To płytka laguna, w której woda sięga nieco powyżej pasa. Na dnie podziwiać można przepiękne pomarańczowe rozgwiazdy, a wszędzie kręcą się kolorowe ryby. Jeśli komuś dopisze szczęście, uda mu się nakarmić z ręki kosterę rogatą (zwaną rybą pudełkiem). Zawsze będę żywić sentyment do tego zakątka, gdyż w nim moja serdeczna, aczkolwiek charakterna przyjaciółka „puściła pierwszego w życiu bąbla”, czyli zanurkowała w akwalungu. Dodam, że jeszcze 6 miesięcy wcześniej zapierała się rękami i nogami, iż nie wejdzie ze mną do morza, jednak gdy widziała nasze uśmiechnięte twarze, zwyciężyła w niej ciekawość. Do końca wycieczki nie opuszczała jej odwaga – wskakiwała pierwsza do wody, a wychodziła z niej ostatnia. Jak więc widać, na Cozumel każdy znajdzie coś dla siebie.

 

NATURA W PIGUŁCE
Choć ekoarcheologiczny park Xcaret został stworzony przez człowieka, łatwo o tym zapomnieć. Wszystko zaprojektowano w nim tak, aby jak najbardziej przypominało prawdziwe laguny, selwę i lasy mangrowe i wtapiało się w istniejącą w tym miejscu przyrodę. Dzięki temu o wiele łatwiej jest poznawać florę i faunę Jukatanu zwłaszcza najmłodszym turystom. Różnobarwne papugi, tukany, flamingi są tuż na wyciągnięcie ręki, ryby, żółwie, koralowce, gąbki i rekiny można podziwiać przez szyby w akwarium. Wszystkie wątpliwości rozwieją profesjonalni przewodnicy i doskonale przygotowane infografiki. Warto zostać tu do wieczora, bo wtedy rozpoczyna się kulturowa część programu. Nowoczesne przedstawienie prezentuje historię Meksyku od czasów pradawnych Majów aż po współczesne dzieje i kulturę. Przy okazji skosztujemy wybornego meksykańskiego jedzenia.

 

DOTRZEĆ NA DRUGI BRZEG
Pojechać tak daleko, na drugi kontynent, zatrzymać się ledwie 2 tys. km od Pacyfiku i go nie zobaczyć oznaczałoby wielką stratę. Dla mnie to był właśnie ten trzeci ocean na mojej liście zanurzeń – po Indyjskim i Atlantyckim.
    Lot do Puerto Vallarta z Cancún zajmuje w sumie 4 godz. i 10 min. wraz z przesiadką w Ciudad de México. O tym, że Riviera Nayarit nie stała się jeszcze zbyt komercyjnym rejonem turystycznym mogliśmy przekonać się już na lotnisku. Nasza bramka znajdowała się wyraźnie na uboczu, a twarze współpasażerów wyglądały dużo bardziej lokalnie. Nie mieliśmy jednak śmiałości niepokoić o zdjęcia panów w wielkich kowbojskich kapeluszach, bo przypominali banditos z filmu Desperado. Mimo to później okazali się niezwykle mili i pomocni, gdy poszukiwaliśmy naszych bagaży. To niesamowite jak przyjacielscy potrafią okazać się Meksykanie i jakie cuda umie zdziałać uśmiech.

 

INNA RIWIERA
Karaiby i Riwiera Majów wyglądały przecudnie, ale to nad Pacyfikiem moje serce zabiło mocniej. Jest on naprawdę piękny. Jego fale załamują się tutaj w charakterystyczny sposób: rytmicznie, z rozmachem i majestatycznym pomrukiem.
    Urokliwe miasto Puerto Vallarta, wybudowane u podnóży gór porośniętych tropikalnym lasem i opadających wprost na piaszczyste plaże zatoki Banderas, w błękitne wody oceanu, doskonale sprawdziłoby się jako kronika regionu. Lokalna ludność bardzo długo opierała się konkwiście. Wierzenia, sztuka i kultura Indian Huichol (Huiczoli) przetrwały do dziś i są wciąż żywe. Pierwsze kościoły w okolicy wzniesiono dopiero pod koniec XVIII w., a więc przeszło 200 lat po zwycięstwach Hernána Cortésa (1485–1547).

FOT. BANCO DE IMÁGENES DEL CONSEJO DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE MÉXICO (CPTM)

Indianin z plemienia Huiczoli


    Warto zwiedzić tutaj niedużą, ale malowniczą starszą część miasta (Viejo Vallarta). Niedaleko ujścia rzeki, w miejskim parku na gałęziach wylegują się nadrzewne legwany zielone. W latach 60. i 70. XX w. za sprawą filmu Noc iguany (1964 r.) z Richardem Burtonem Puerto Vallarta przeżyło kolejny najazd, tym razem opanowali je hipisi poszukujący nowych definicji szczęścia i wolności. Wtedy rozbudował się jego nowy rejon. Przy nadoceanicznej promenadzie Malecón znajdują się najmodniejsze kluby i restauracje. Miejscowy klimat i krajobraz psują nieco monumentalne hotele budowane na północ od zatoki Banderas. Każdy inwestor chce zaoferować swoim klientom widok na Pacyfik, więc tego typu kolosy powstają tuż przy plaży.
    Dla mnie region ten jest prawdziwie niezwykły, zwłaszcza pod względem przyrodniczym. Bogactwo żyjących tu gatunków oszołomi każdego. Nie dziwię się humbakom, że na zimę ściągają licznie do zatoki Banderas. W zaskakująco ciepłym oceanie znajdziemy mnóstwo ryb, delfinów, wielorybów, koralowców czy żółwi morskich. Życie pod wodą dosłownie eksploduje, ale podobnie dzieje się i w selwie ponad nią. Nigdy nie widziałam tylu ptaków, storczyków i motyli naraz. Dlatego też okolica ta jak magnes przyciąga artystów. Zdjęcia robią się niemal same, gdyż na co byśmy nie skierowali obiektywu aparatu, w kadrze zamkniemy zachwycający mikroświat.

 

ARCHIPELAG PTAKÓW
Ponoć Wyspy Marieta (Islas Marietas) były kiedyś poligonem wojskowym i może dzięki temu udało się zachować dzikość tego miejsca. Już sam rejs na nurkowisko robi wrażenie. W główkach portu na straży siedzą na magmowych skałach majestatyczne pelikany, które leniwie grzeją poczciwe dzioby. Gdy tylko nasza łódź przyspiesza, całe towarzystwo powoli wzbija się w powietrze. Mylnie uważają nas za rybaków i liczą na darmowy posiłek. Na ląd człowiekowi nie wolno wchodzić poza ściśle wyznaczonymi strefami, więc w 99 proc. wyspy są królestwem dzikich ptaków. Wiele rzadkich gatunków przylatuje na nie zimować z północnych krańców USA i Kanady. Wszystko wydaje się tutaj tak inne, że nie mogłam się doczekać, aby zanurzyć się pod wodę. Świat, który ujrzałam, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Strome skaliste zbocze porastał las niebieskich i purpurowofioletowych gorgonii, a pośród nich kłębiły się wielokolorowe ryby. Nigdy nie widziałam takich rodzajów. Wszystkie zwierzęta były pokaźniejszych rozmiarów niż te, które znałam z innych akwenów. Zupełnie jak gdyby matka natura chciała podkreślić, że ocean jest dużo większy i barwniejszy niż niepozorne Morze Karaibskie.
    Wspaniałe przeżycie stanowiło swobodne nurkowanie w celu eksploracji przybrzeżnych jaskiń, nie bardzo dostępnych dla nurków ze sprzętem z racji wąskich przesmyków między skałami. Na tę przyjemność mogą sobie pozwolić jedynie osoby pewnie poruszające się na wstrzymywanym oddechu i korzystające z pomocy doświadczonego przewodnika. Niemniej warto było przezwyciężyć strach i zobaczyć te cuda. Niewątpliwie ciekawym punktem naszej wycieczki okazała się wizyta na Playa Escondida (Ukrytej Plaży), która to nazwa wydała nam się nieco nieodpowiednia, gdy obok nas przy brzegu wyspy rzuciły kotwice 4 łodzie pełne rozemocjonowanych amerykańskich turystów. Kiedy już odpłynęli na lunch, znów słyszeliśmy tylko plusk wody i piski rybitw. Postanowiliśmy wyruszyć tunelem do środka lądu w poszukiwaniu wspomnianej ciekawostki. Podobno istnienie tego miejsca zawdzięczamy celnemu artylerzyście, który przestrzelił podczas manewrów strop jaskini i tak powstała wyspa z dziurą i plażą ukrytą w jej centrum. Niezależnie od tej historii widoki są tu naprawdę niesamowite.

 

SNORKELING W CIENIU LOS ARCOS
Po odwiedzinach na archipelagu Marieta wydawało mi się, że meksykańskie podwodne królestwo niczym mnie już nie zaskoczy. Jak cudownie, iż się myliłam… Z Puerto Vallarta wyruszyliśmy na południe w kierunku niezurbanizowanych, górzystych wybrzeży porośniętych gęstą selwą. Ludzie, którzy zamieszkują tutejsze osady, do naszego miasta nad zatoką Banderas dostają się drogą wodną, ponieważ nie wszędzie wybudowano jeszcze połączenia lądowe (z powodu wysokich gór). W trakcie 40-minutowej podróży łodzią mijaliśmy co rusz delfiny, sardynki i żółwie morskie. Z oceanu wystają miejscami ogromne skały. W niektórych cierpliwe fale wypłukały dziury i stworzyły kamienne łuki (stąd też hiszpańska nazwa Los Arcos, czyli właśnie „Łuki”).
    To, co zobaczyłam pod wodą, długo śniło mi się po nocach. Nigdy nie widziałam naraz tylu ryb w tak zróżnicowanych formach i kolorach. Orlenie cętkowane (Aetobatus narinari) oraz przedstawiciele gatunku Holacanthus passer, wszelkiej maści pokolcowate, rozdymki, ślizgi, rozgwiazdy, ślimaki, jeżowce, kraby i homary – nie sposób było wszystkiego zliczyć. Nie trzeba też wcale głęboko nurkować, bo morskie stworzenia trzymają się tutaj blisko powierzchni. Dużo pożywienia spada z gałęzi tropikalnych drzew, rosnących na skałach. Zwierzęta ignorują ludzi i nie są bardzo płochliwe. Udawało mi się bez problemu podpłynąć do ściany z ławicy pokolców lub ustników dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jedynie widoczność pozostawia czasem wiele do życzenia, ponieważ ograniczają ją fale oraz mnogość pokarmu. Za to poczujemy się w tej okolicy niczym w garnku z tropikalną zupą rybną.

 

NA OCEANICZNEJ FALI
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nad Pacyfikiem, w mekce surferów z całego świata, nie spróbowali swoich sił na desce. Nasza chęć zmierzenia się z tą dyscypliną wzrosła jeszcze w Polsce po obejrzeniu filmu z 1966 r. pt. Bezkresne lato (The Endless Summer). Sayulita w stanie Nayarit okazała się klimatycznym miasteczkiem, niby wyjętym z planu filmowego. Trafiliśmy w ręce doświadczonego instruktora z jednej ze szkółek położonych tuż przy plaży. Staraliśmy się ignorować uporczywe myśli o rekinach i skupialiśmy się na słowach trenera, tłumaczącego tajniki balansowania. Powagi całej sytuacji odejmowały wesoło baraszkujące wokół nas psy, które nie kryły rozczarowania, że nie przynieśliśmy ze sobą lunchu, tylko wielkie deski.
    Surfing wymaga silnych rąk, którymi wiosłuje się, aby przyjąć odpowiednią pozycję względem fali, oraz wyczucia równowagi, gdy z leżenia trzeba natychmiast wstać. Teoretycznie brzmi to prosto, ale żeby dotrzeć do najlepszego punktu, musimy przebić się przez falę przybojową i nie dać się uderzyć deską w głowę. Po drugie, sama deska chybocze się bardziej niż podłoga, kiedy wypijemy szybko kilka kieliszków tequili. Jak twierdził nasz instruktor, gdy wyczujemy ocean, pójdzie nam dalej łatwo. Myślę, że jak na początek wyszło mi nieźle. Na 8 fal udało mi się złapać 5. Choć czułam się wymęczona akrobacjami, wychodziłam z wody z uśmiechem od ucha do ucha.

 

NA LINIE WŚRÓD DRZEW
O zjazdach tyrolką (canopy) dowiedziałam się od mojej przyjaciółki, która niedawno wróciła z Jamajki i z wypiekami na twarzy opowiadała mi o tej atrakcji. Mnie ta rozrywka nie kojarzyła się z niczym przyjemnym, wręcz przeciwnie – przypominała pracę marynarzy wspinających się na top masztu. Przyznaję jednak, że tkwiłam w błędzie.
    W przypadku Canopy River ZipLines (Puerto Vallarta) cała zabawa polega na tym, aby w uprzęży alpinistycznej przyczepić się do kołowrotka umieszczonego na jednej z 12 stalowych lin rozpiętych nad wąwozami i strumykami pomiędzy zboczami sąsiadujących gór, należących do łańcucha Sierra Madre Zachodnia. Potem wystarczy już tylko zjechać, wydając przy tym okrzyki radości. Panoramy zapierają dech w piersiach. Przelatując ponad koronami drzew, można też poczuć się niczym Tarzan i Jane. Końcowy zjazd odbywa się tuż nad powierzchnią strumienia. Tę atrakcję polecamy tym wszystkim, którzy nie boją się dużych wysokości i... tropikalnych komarów.

 

NARODZINY ŻÓŁWI MORSKICH
Jak już wspominałam, wody wokół miasta Puerto Vallarta tętnią życiem. Zamieszkujące je żółwie morskie składały jaja na brzegu zatoki Banderas, zanim zaczęli ściągać w te okolice turyści. Właściciele hoteli oraz władze regionu w celu zachowania środowiska naturalnego wprowadzili program ochrony tych pięknych zwierząt.

FOT. MAGDALENA LASOCKA

Żółwie po wykluciu mierzą ok. 3,5–4 cm

 

W niektórych miejscach na przyhotelowych plażach znajdują się specjalnie wydzielone strefy, gdzie biolodzy morscy przenoszą gniazda żółwi. W sezonie co wieczór szukają nowych jaj i praktycznie każdego dnia można po zmroku podziwiać rytuał wykluwania się młodych. Współuczestniczenie w cudzie narodzin zawsze budzi wielkie emocje. Widok malutkiego żółwia zmywanego wielką falą oceanu w blasku zachodzącego słońca zapadł mi w pamięć na długo.

 

DO WIDZENIA, DO ZOBACZENIA...
Meksyk to taki kraj, w którym za każdym rogiem czeka na nas jakaś przygoda. Dzięki wizycie nad Pacyfikiem zredefiniowałam moje rozumienie pojęcia „rajskie wakacje”. Z dużym żalem pakowałam płetwy do walizki. Nie widziałam przecież humbaków, gdyż przypływają w okolice Puerto Vallarta zimową porą, nie spróbowałam wszystkich przepysznych dań, jakie serwują tutejsze restauracje, nie odkryłam nowego gatunku storczyka, a w surfingu muszę się jeszcze podszkolić. Z drugiej strony, być może gdzieś na dnie Morza Karaibskiego spoczywa mój galeon pełen złotych monet i czeka, abym go odkryła, natomiast w Rezerwacie Biosfery Sian Ka'an chciałabym spotkać manaty oraz krokodyle amerykańskie i meksykańskie. Gdy puściusieńki (ze względu na strajk Lufthansy) samolot odrywał się od pasa startowego i wzbijał się w powietrze, żeby odlecieć w kierunku Europy, w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: ja tu jeszcze wrócę...

Artykuły wybrane losowo

Jedwabnym szlakiem przez Kazachstan i Uzbekistan

PAWEŁ SKAWIŃSKI


<< Handlowym szlakiem, który powstał ponad 2 tys. lat temu i łączył Wschód z Zachodem, ciągnęły karawany kupców wiozące jedwab, złoto i srebro. Jego północną odnogę przemierzył także, jeszcze przed słynnym Markiem Polo, pierwszy polski podróżnik Benedykt Polak podczas misji dyplomatycznej do mongolskiego chana. Droga, którą podążał, wiodła przez stepy Kazachstanu i góry Uzbekistanu. >>

Więcej…

Peru – niezwykłe drogi i ścieżki

ROMAN WARSZEWSKI

www.warszewski.info

 

<< Peru ma wszystko – przepiękną przyrodę, pustynie (na wybrzeżu), góry (w części środkowej), a także selwę i przecinające ją rzeki. Jednak wyróżniają je również liczne ślady przeszłości. Ludzie zamieszkują ten obszar od 4 tys. lat p.n.e. i zawsze wykazywali się wielką pracowitością i artystycznym zmysłem. Dlatego wspaniałe naturalne tereny urozmaicają tutaj niezliczone pozostałości dawnych miast, osiedli i świątyń, z których większość jest świetnie wkomponowana w krajobraz. Mało osób wie, że w Peru znajduje się więcej piramid niż w Egipcie. A są wśród nich i takie, które liczą sobie więcej lat od słynnej piramidy Cheopsa. >>

Właśnie z powodu wielkiej różnorodności przyrodniczej i bogactwa kulturowego ten kraj jest pod względem turystycznym jednym z najciekawszych na świecie. Niektórzy uważają nawet, że należy mu się palma pierwszeństwa. Peruwiańczycy to wiedzą i coraz bardziej doceniają. W tej chwili Peru rocznie odwiedza blisko 4,5 mln zagranicznych gości (według oficjalnych danych rządowych), a przychody z turystyki stanowią spory procent budżetu państwa. Infrastruktura jest coraz lepsza. W wiele miejsc coraz łatwiej dojechać. Tam, gdzie nie ma jeszcze odpowiedniej jakości dróg, można dolecieć samolotami – większymi, mniejszymi czy nawet awionetkami. Istnieje mnóstwo utartych szlaków turystycznych, które tu nazywam przetartymi, wygodnymi trasami, jak te, które łączą stołeczną Limę, Arequipę i Cusco (Cuzco). Ale oprócz nich są też ścieżki, gdzie napotyka się ginącego już ducha pogranicza. Wiodą czy to do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu), czy do zapomnianej Vilcabamby.

 

 

W Peru istnieją dwie standardowe trasy – tzw. pętla południowa i północna. Każda z nich zaczyna się i kończy w Limie, która – podobnie jak Buenos Aires lub Rio de Janeiro – jest bramą Ameryki Południowej. Obie pętle są niezmiernie interesujące, choćby dlatego, że bardzo się od siebie różnią. Ci, którzy znają dobrze Peru, twierdzą, iż niełatwo wybrać tę ciekawszą. Osoby odwiedzające kraj po raz pierwszy czy drugi głosują na południową. Powód takiej decyzji jest prozaiczny – podczas podróży tą trasą najłatwiej trafić do słynnego Machu Picchu.

 

PĘTLA POŁUDNIOWA

Na tym szlaku oczywiście znajduje się stolica Peru, niemal 10-milionowy moloch (Lima Metropolitana), z którego jedzie się na południe do Pisco i Paracas, następnie do Naski, Arequipy i nad jezioro Titicaca – do Puno. Tam można wpaść z wizytą do Indian Uro (Uru) żyjących na pływających wyspach oraz do przedziwnej społeczności zamieszkującej skalistą wysepkę Taquile, gdzie kobiety są głowami rodziny, a mężczyźni zajmują się… tkaniem i robieniem na drutach! Znad Titicaki warto na krótko wyskoczyć do departamentu La Paz w Boliwii, bo w nim czeka na nas jedna z największych (i najbardziej tajemniczych) atrakcji regionu – prastare miasto Tiahuanaco (Tiwanaku). Potem zwykle jednak (przez wyspy Księżyca i Słońca na jeziorze Titicaca) czym prędzej wraca się znów do Peru, żeby z Puno udać się do Cusco, które przypomina odrębną planetę i jest jak zaklęta w kamieniu poezja, dzieło łączące niezmierzone bogactwo tradycji, ciekawą historię, znakomitą kuchnię i mozaikę krajobrazów. To także baza wypadowa do Świętej Doliny Inków (Valle Sagrado de los Incas) – do stanowisk archeologicznych Qenko, Puka Pukara (Puca Pucara), Tambomachay, Písac (Pisaq) i Ollantaytambo oraz miasteczka Chinchero, w pobliżu którego już niedługo ma powstać oprotestowane przez ekologów gigantyczne lotnisko. Stąd wreszcie wyrusza się do słynnego Machu Picchu, mimo turystycznego oblężenia nadal największej peruwiańskiej atrakcji, a zarazem – z uwagi na generowane dochody – najbardziej wydajnej południowoamerykańskiej kopalni złota. Po zwiedzeniu tego wciąż wyjątkowego miejsca większość osób wraca już zazwyczaj do Limy. Ewentualnie najpierw samolotem na dzień czy dwa leci do warczącego tysiącami motoriksz (motocarros) Iquitos leżącego nad Amazonką, zapuszcza się choć na jedną noc do selwy i dopiero wtedy udaje się do stolicy. Wyprawa wzdłuż pętli południowej trwa zwykle 14–16 dni.

 

PĘTLA PÓŁNOCNA

Tak jak wspominałem, pętla północna kusi przede wszystkim tych, którzy byli już na południu. Znów ruszamy z Limy, tym razem na północ. Najpierw jedziemy do Huacho, skąd odbijamy do Caral – miejsca położonego pośród pustkowia, gdzie odkryto nie tylko wielkie prekolumbijskie osiedle, lecz także najstarsze w Ameryce Południowej piramidy. Po powrocie do Huacho udajemy się do Casmy, aby obejrzeć ruiny Sechín (Cerro Sechín), z płaskorzeźbami pełnymi odrąbanych głów, nóg, rąk i innych członków. Potem – przez Chimbote – wyruszamy do Trujillo, w którego sąsiedztwie są wielkie świątynie Słońca i Księżyca (Huaca del Sol i Huaca de la Luna) oraz stanowisko Huaca Rajada (Sipán). W rejonie tego ostatniego w latach 80. XX w. najpierw złodzieje, a następnie archeologowie odnaleźli grób Pana z Sipán (Señor de Sipán). Pochodzące z niego złote artefakty trafiły do Museo Arqueológico Nacional Brüning w pobliskim Lambayeque (dokąd rzecz jasna również należy zajrzeć). Potem, w pobliżu Chiclayo, skręca się do Túcume – jedynego w swoim rodzaju skupiska ok. 30 upiornych piramid z adobe (suszonej cegły), gdzie przez blisko sześć lat mieszkał i kopał słynny norweski etnograf i podróżnik Thor Heyerdahl (1914–2002). Poza tym trzeba też odwiedzić Tumbes – miejsce, w którym przy plaży jest ciepła woda i bez obawy można się kąpać. Tutaj podaje się także nadzwyczaj smaczne peruwiańskie dania z ryb i owoców morza. Następnie należy udać się do miast Chachapoyas i Cajamarca. W drugim z nich ze względu na wulkaniczne źródła powstały niegdyś inkaskie łaźnie, a ostatni władca Inków sprzed konkwisty, Atahualpa (ok. 1500–1533), w bardzo głupi sposób dał się pochwycić 16 listopada 1532 r. świeżo przybyłym w te strony Hiszpanom, co w dużej mierze przesądziło o przebiegu podboju tej części Ameryki Południowej. Stąd przez leżące w amazońskiej puszczy Tarapoto uczestnicy wyprawy lecą do Limy, a po drodze dziwią się, że Peru miało jeszcze tyle do zaoferowania, choć wydawało im się, że na południu widzieli już wszystko. Na przebycie pętli północnej również potrzeba mniej więcej dwóch tygodni.

 

TRASY NA POŁUDNIU

Na południu tradycyjnym, standardowym szlakiem dotrzeć można z Limy do Arequipy, Cusco (jeśli będziemy tu 24 czerwca, załapiemy się na doroczne, widowiskowe Święto Słońca – Inti Raymi) i oczywiście do magicznego, niezapomnianego Machu Picchu. Z kolei mniej przetarta ścieżka prowadzi do położonego w Świętej Dolinie Inków, koło miasteczka Calca, Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) oraz na wznoszącą się w cieniu szczytu Ausangate (6384 m n.p.m.) Górę Siedmiu Kolorów, czyli Vinicuncę (Winikunkę), i do znajdującej się daleko, po drugiej stronie majestatycznych Andów, zapomnianej niemalże przez wszystkich Vilcabamby. Taka trasa wiedzie także do Machu Picchu – to dawna, przecinająca trzy przełęcze Droga Inków (Camino Inca), ta sama, którą w przeszłości poruszali się niezmiernie szybko specjalnie przeszkoleni inkascy gońcy – chasquis.

 

STOLICA

Lima potrafi zainteresować. Ciekawy jest nadmorski dystrykt Miraflores, do którego przylega konkurujący z nim San Isidro. Oba są czyste i nowoczesne i z powodzeniem mogłyby się znajdować w centrum np. Buenos Aires. Miraflores leży na pięknym, żwirowym klifie, który swoją trwałość zawdzięcza tylko temu, że w okolicy w zasadzie nigdy nie pada. Z jego szczytu przy dobrym wietrze dzień w dzień startują paralotniarze. Gdy wzlecą w powietrze, mogą podziwiać wspaniały widok: w dole na wielkich falach szaleją surferzy. Nie straszna im przeraźliwie zimna woda, bo na sobie mają kombinezony z pianki, a w sobie – determinację.

Główne zabytki architektoniczne peruwiańskiej stolicy znajdują się w historycznym centrum. Jest tu plac Broni (Plaza de Armas de Lima) z Katedrą (Catedral de Lima), gdzie pochowano zdobywcę terenów Peru – Francisca Pizarra (1478–1541), oraz Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal de Lima) z przepięknym, typowym dla Limy balkonem. Obok stoi Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú, oficjalna siedziba prezydenta). Codziennie w południe odbywa się przed nim uroczysta zmiana warty (mundury żołnierzy są identyczne z mundurami armii, która rozgromiła siły rojalistyczne i prohiszpańskie w słynnej bitwie pod Ayacucho w grudniu 1824 r.). Jego neobarokowa fasada zaprojektowana została przez polskiego architekta – Ryszarda Jaxa Małachowskiego (1887–1972), który pod koniec 1911 r. znalazł w tym kraju azyl i pole do popisu dla swoich talentów.

 

 

AREQUIPA

Gdyby nie Lima, Arequipa na pewno byłaby stolicą Peru. To drugie co do liczby ludności miasto tego kraju (Arequipa Metropolitana ma ponad 1 mln mieszkańców), jest znacznie atrakcyjniej położone i… panuje w nim dużo lepsza pogoda. Pod względem urody także prezentuje się wyjątkowo, bo zabudowania w jego centrum w ogromnej większości wzniesiono z białego wulkanicznego tufu ryolitowego, zwanego sillar. Stąd też jego druga nazwa – Ciudad Blanca, czyli Białe Miasto.

Arequipa leży na południu, już w sercu gór, na mniej więcej 2300 m n.p.m., u stóp dwóch wulkanów: Misti (5822 m n.p.m.) i Chachani (6057 m n.p.m.). Oddalenie od wybrzeża oraz wysokość determinują tutejszy klimat – przez cały rok panuje w niej wiosna. Po niemal wiecznie zamglonej Limie wizyta w tym mieście przynosi prawdziwą ulgę. W Arequipie mieszka również wiele starych peruwiańskich rodów, które swoje początki wywodzą z okresu konkwisty. Arequipianie, skonfliktowani z limianami od niepamiętnych czasów, zwykli mówić do tych drugich: Wy macie martwego Pizarra, a my żywą arystokrację.

Główna atrakcją jest tutaj śnieżnobiały plac Broni (Plaza de Armas de Arequipa) z przepięknymi arkadami i podcieniami, a także pobliski Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), będący niepowtarzalnym osobnym miasteczkiem w mieście. Przyjezdnych przyciąga też muzeum uniwersyteckie (placówka Universidad Católica de Santa María – Museo Santuarios Andinos). Można w nim zobaczyć Mumię Juanita – zwłoki inkaskiej dziewczynki, złożonej w ofierze na jednym z pobliskich wulkanicznych szczytów w ramach rytuału nazywanego capacocha (capac cocha), który wykonywany był m.in. po to, aby sprowadzić deszcz w okresach suszy. Arequipa stanowi również bazę wypadową do słynnego kanionu Colca – jednego z najgłębszych na świecie, gdzie do dziś w stanie dzikim żyją kondory. Warto więc tu przyjechać, tym bardziej że miasto leży na szlaku wiodącym do Cusco.

 

CUSCO

O Cusco można by napisać nie tylko osobny obszerny artykuł, ale nawet książkę. To miasto niejednokrotnie porównywane bywa z Rzymem. I coś w tym jest. W Cusco na każdym kroku czuje się jego majestat. Kolonialny ośrodek wyrasta tutaj z inkaskiego korzenia. Można to dostrzec bez problemu. W historycznym centrum mury parteru większości budynków pochodzą jeszcze z czasów Inków i składają się z dużych (niekiedy ogromnych), idealnie do siebie dopasowanych kamieni. Reszta ścian – już w stylu kolonialnym – została niejako doklejona do tej wielkokamiennej, ciemnej podstawy. Z tego powodu zabudowania są czarno-białe. Warstwa ciemna jest prekolumbijska, biała – kolonialna.

Na zainteresowanie zasługuje oczywiście Plaza de Armas, centralny plac w dużej części pokrywający się z częścią ogromnego placu inkaskiego Cusco. Stoi tu Katedra (Catedral del Cusco), Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús), a nieco poniżej – jedno z najstarszych tutejszych założeń sakralnych – klasztor należący do mercedarianów (Templo de la Merced del Cusco). Świetnie zachowaną uliczką Loreto można ruszyć do innej słynnej budowli – Klasztoru św. Dominika (Convento de Santo Domingo), wznoszącego się na ruinach największej świątyni Inków – Coricanchy (świątyni ku czci boga słońca). W tej właśnie okolicy znajdować się miał ogród z roślinami wykonanymi ze złota i zwierzętami wyklepanymi ze złotej blachy, opisywany przez hiszpańskich kronikarzy. O tym, że istniał naprawdę, przekonują ślady na zachowanych murach świątynnych. W wielu miejscach widać, że zerwano z nich przykrywające je złote płyty.

 

MACHU PICCHU

Z Cusco koniecznie trzeba pojechać do Machu Picchu, które choć niemiłosiernie przepełnione turystami, nadal pozostaje kulminacyjnym punktem podróży do Peru. To miasto zbudowane za inkaskiego króla Pachacuteca (1418–1471 lub 1472), spektakularnie zawieszone ponad zakolem rzeki Urubamba, nie może nie urzec i wzbudzić tysiąca westchnień. Machu Picchu jest jedyne w swoim rodzaju co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, zaskakuje swoją kompletnością. To całe górskie osiedle, które na dobrą sprawę da się zasiedlić na nowo od zaraz. Po drugie, jest przepięknie wkomponowane w otoczenie. Wzniesiono je nie na przekór górom, lecz w pełnej zgodzie z nimi. Mury Machu Picchu wyrastają z górskiego zbocza tak, jak wyrastają z niego rośliny. Jego zabudowania dopełniają krajobraz, wzbogacają go. Nie są drzazgą w oku przyrody ani w jej gardle, lecz ozdobą na wspaniałej szacie.

 

Zachwycające Machu Picchu wpisano w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© PromPerú/Gihan Tubbeh

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Podczas wizyty w Machu Picchu dobrze wejść także na Huayna Picchu (ok. 2700 m n.p.m.) – ów strzelisty szczyt, który wznosi się ponad ruinami. Podejście zajmuje ok. 40 minut i choć wymaga pewnego wysiłku, na pewno warto go podjąć, bo widok rozpościerający się z góry jest niezapomniany. Pod stopami rozciąga się całe miasto (i dopiero wtedy widać, że swoim kształtem przypomina… kondora!), a jeszcze niżej Urubamba – szumiąca rzeka, która z tej odległości wydaje się niema. Poza tym górną partię Huayna Picchu pokrywa kamienna zabudowa, co dla wielu osób bywa wielką niespodzianką, szczególnie gdy okazuje się, że owe konstrukcje są odbiciem Machu Picchu w miniaturze! To charakterystyczna cecha inkaskiej myśli architektonicznej, przesyconej zwykle pewnym dualizmem.

Po powrocie do Cusco również ścieżką dotrzeć można do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) – MałegoCusco, które też jest jakby obrazem tego pierwszego. To miasto, gdzie znakomicie widać, w jak piękny i przemyślany sposób budowniczowie potrafili w jednej konstrukcji łączyć adobe z kamieniem. Założone zostało ok. 1420 r., w okresie walk Inków z Chankami – ludem przez długi czas utrudniającym ekspansję Inków poza dolinę Cusco. Po zwycięstwie z przeciwnikiem w 1438 r. właśnie w to miejsce zesłano część inkaskiej szlachty, która stchórzyła w trakcie konfliktu. Dziś przepiękne, ale niedoceniane Huchuy Qosqo stanowi cel konnych wycieczek. Jest tym bardziej ciekawe, że można podziwiać tutaj niezapomniany widok na rozciągające się w dole miasteczko Calca oraz górujące nad nim szczyty pasma Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba).

Skoro padła nazwa Vilcabamba, warto wspomnieć, że do tej ostatniej stolicy Inków, która została założona w czasie walk z Hiszpanami, w selwie, po drugiej stronie Andów, da się dziś także dotrzeć szlakiem umownie określanym przeze mnie jako ścieżka. Do Espíritu Pampa – wioski położonej w bezpośrednim sąsiedztwie ruin doprowadzono już bitą drogę, przejezdną nie tylko dla samochodów terenowych. Kto więc chciałby zobaczyć, skąd Inkowie nękali Hiszpanów przez ostatnich 35 lat istnienia swojego niezależnego imperium i co po ich ostatniej stolicy pozostało, powinien wsiąść w auto i tam pojechać. Na dojazd do Vilcabamby z Cusco i powrót do niego trzeba przeznaczyć około pięć dni.

 

Zrekonstruowany grobowiec Pana z Sipán (Señor de Sipán) w kompleksie Huaca Rajada (Sipán)

© PromPerú/Favio Ovalle

 

TRASY NA PÓŁNOCY

Na północy, drogą, a więc szlakiem standardowym, dostaniemy się do miast Huacho, Casma, Trujillo, Tumbes, Chiclayo i Cajamarca. Wszystkie inne punkty na mapie i poprzednio wymienione miejsca wymagają skorzystania ze ścieżek, choć w przypadku Tarapoto będzie to ścieżka… powietrzna. Do Caral, Túcume i Chachapoyas również zaprowadzi nas niestandardowa droga. Jednak to chyba dobrze: otarcie się o Peru z pogranicza podczas wyprawy po tym kraju nikomu nie zaszkodzi.

 

Barwny pochód organizowany w mieście Cajamarca uważanym za stolicę peruwiańskiego karnawału

© Pro mPerú/Marco Garro

 

CASMA

W Casmie należy zwiedzić przede wszystkim Sechín (Cerro Sechín). W kompleksie znajduje się przedziwna, ale coraz lepiej zrekonstruowana świątynia ofiarna sprzed wielu tysięcy lat – z czasów, gdy o Inkach w Peru jeszcze nikomu się nie śniło. Uwagę przykuwają tu przede wszystkim makabryczne płaskorzeźby. Przedstawiają jeńców prowadzonych na stracenie oraz ich odcięte głowy, ręce i nogi. Z tych rysunków można by ułożyć cały atlas anatomiczny! Przypuszczalnie dawni mieszkańcy Cerro Sechín jako pierwsi próbowali uporać się z nękającym ich zjawiskiem pogodowym El Niño. Czynili to za pomocą modłów i kierowania próśb do swoich bogów, a aby je wzmocnić, składali bóstwom liczne ofiary z ludzi.

 

TRUJILLO

Leżące nad rzeką Moche ponad 950-tysięczne Trujillo to przed wszystkim świątynie: wielka Huaca del Sol (Świątynia Słońca), będąca pod względem kubatury największą piramidą w Ameryce Południowej, oraz Huaca de la Luna (Świątynia Księżyca). Są one dziełami kultury Mochica, oczywiście preinkaskiej, która ofiarami z ludzi jako pierwsza starała się okiełznać pogodowy fenomen El Niño. Poza tym w położonym na północny zachód stąd Sipán znajduje się Huaca Rajada z grobami w piramidach, skąd pochodzi kolekcja złotych artefaktów oraz misternie przyozdobione szczątki jakiegoś wielkiego króla, wysłanego w zaświaty z blisko 10-osobową świtą.

Złote skarby z Sipán, porównywane nierzadko do kosztownej zawartości grobowca Tutanchamona, po tym jak objechały cały świat w formie ekspozycji czasowych, dziś można podziwiać we wspomnianym muzeum w Lambayeque. Tego miejsca na północy Peru nie wolno ominąć. Wizyta w nim to absolutny mus, jeden z najprzyjemniejszych możliwych przymusów.

Przedmieściem Trujillo jest Huanchaco, z szeroką plażą i caballitos de totora – niewielkimi łodziami z trzciny napędzanymi jednym wiosłem, na których można pozderzać się z oceanicznymi falami. Odwiedziny tutaj są o tyle godne polecenia, że woda przy brzegu ma wyższą temperaturę niż w okolicy Limy, bo znajdujemy się bliżej równika, a zimny Prąd Humboldta (Prąd Peruwiański) powoli zaczyna się w tym miejscu oddalać od wybrzeża. W pobliżu leży też Chan Chan – ulepione z gliny, gigantyczne miasto kultury Chimú, która – sądząc po tym, co wytworzyła – szczyciła się najlepszymi złotnikami w całej Ameryce przed Kolumbem.

 

CAJAMARCA

Z kolei Cajamarca już zawsze będzie się kojarzyć z pojmaniem Atahualpy przez Francisca Pizarra (i wszystkim, co z tego wynikło). Zresztą zachowało się tu trochę zabytków związanych z tym wydarzeniem. Jest zrekonstruowany Pokój Okupu (Cuarto del Rescate), przeznaczony na gromadzone przez Indian złoto, w zamian za które ich przywódca miał odzyskać wolność (Hiszpanie – oczywiście – go oszukali i nie dotrzymali obietnicy). Są inkaskie łaźnie, znacznie dziś rozbudowane i unowocześnione, gdzie Atahualpa, w momencie gdy wróg zbliżył się do miasta, zażywał kąpieli po trudach wojny domowej ze swoim przyrodnim bratem Huascarem. Poza tym w Cajamarce znajduje się także ciekawa Katedra (Catedral de Cajamarca), o przysadzistej bryle i bez żadnej wieży (co wiązać należy nie z lenistwem budowniczych, lecz z ich zmysłem praktycznym: wieża na terenach znacznej aktywności sejsmicznej to rzecz wielce ryzykowna). Okolicę można podziwiać z punktu widokowego na Wzgórzu św. Apolonii (Cerro de Santa Apolonia – 2764 m n.p.m.), do którego dochodzi się długim ciągiem stromych schodów. Na samej górze stoi oczywiście krzyż, jako że Peru jest w końcu na wskroś katolickim krajem.

Poza Cajamarcą znajdziemy piękne i położone najwyżej w Andach kamienne akwedukty oraz Ventanillas de Otuzco, czyli Okienka z Otuzco – pochodzące jeszcze z czasów preinkaskich grobowe nisze w skale, która z dalszej odległości wygląda jak podziurawiony holenderski ser. Takie obiekty wciąż przypominają, że zanim pojawili się tutaj Inkowie, na tych terenach przez kilka tysięcy lat rozwijały się najróżniejsze kultury.

 

Ruiny górskiej fortecy Kuélap stanowią pamiątkę po preinkaskiej kulturze Chachapoyas

© PromPerú/Daniel Silva

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Na północy ścieżką na pewno będziemy zmuszeni udać się do stanowiska archeologicznego Caral. Warto je odwiedzić, bo to najstarsze w Peru (i na obszarze obu Ameryk!) miasto – powstało 3 tys. lat p.n.e. Archeolodzy mieli szczęście, że do budowy tutejszych piramid i świątyń w pewnych miejscach używano roślinnej plecionki, która wzmacniała fragmenty murów. Dzięki temu można było owe mury i składające się na nie kamienie datować.

Caral było miastem w pełni rozwiniętym, nie raczkującym czy ledwie się dźwigającym na rachitycznych nogach. W tak rozwiniętej formie nie mogło więc pojawić się z niczego. To pokazuje, że cywilizacja musiała się tu rozwijać dużo wcześniej, a prawdziwe początki peruwiańskiej kultury sięgają co najmniej 4 tys. lat p.n.e.

Innym niezapomnianym miejscem, do którego prowadzą północne ścieżki, jest Túcume, rybacka wioska nieopodal Chiclayo. W tej okolicy znajduje się skupisko ok. 30 piramid kultury Sicán (Lambayeque), wywodzącej się z wcześniejszych kultur Mochica i Vicús. Zbudowano je nie z kamienia, lecz z adobe, dlatego czas przepięknie je postrzępił i wyżłobił. Dzięki temu budowle jeszcze zyskały na niesamowitości i urodzie. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jakie jest najbardziej upiorne miejsce w Peru, to odpowiedziałbym, że właśnie Túcume. Jeżeli chciałby wiedzieć, które peruwiańskie zabytki są według mnie niesłusznie zapomniane i niedoceniane, podałbym identyczną odpowiedź.

Trochę podobnie rzecz ma się z prowincją Chachapoyas, dawniej centrum kultury o tej samej nazwie. Położona daleko na północy, jest trudno dostępna choćby dlatego, że z Limy jedzie się do niej około doby. A jeśli ktoś planuje całodniową podróż ze stolicy, na pewno wybierze Cusco lub jezioro Titicaca.

Tymczasem ziemie należące do starożytnej kultury Chachapoyas mają czym przyciągać podróżników. Na zainteresowanie zasługują leżące w prowincji Luya wysokie na niemal 20 m mury fortecy Kuélap (Cuélap), którym zawdzięcza ona miano peruwiańskiego Babilonu, czy Sarcófagos de Karajía (Carajía) – lepione z gliny (i wzmacniane drewnianym szkieletem) sarkofagi w formie ludzkich postaci nadnaturalnej wielkości (przypominające słynne posągi moai z Wyspy Wielkanocnej). Są tutaj również podwieszane pod gigantycznymi, skalnymi klifami całe cmentarne miasteczka, jak np. Pueblo de los Muertos (Tingorbamba – 2329 m n.p.m.). Niezwykłe jezioro w prowincji Chachapoyas – Laguna de los Cóndores (Laguna de las Momias) – zadziwia trudno dostępnymi, śnieżnobiałymi, wiszącymi grobowcami, które w przeszłości wielu brało za wykonane ze złota, co przyczyniło się do utrwalenia mitu o El Dorado.

Zdecydowanie ścieżką dociera się też do 150-tysięcznego Tarapoto, położonego wśród wzgórz w puszczy amazońskiej. Niedaleko niego znajduje się przepiękny wodospad Ahuashiyacu. W mieście działa Centro Takiwasi – jedyna w swoim rodzaju klinika dla osób uzależnionych, gdzie francuski personel medyczny, wspomagany przez Peruwiańczyków, wyprowadza pacjentów z nałogów za pomocą amazońskich farmaceutyków: tutejszych plantas medicinales („roślin leczniczych”), zbieranych w pobliskim lesie tropikalnym. Jeśli ktoś chce wziąć udział w piciu ayahuaski – Francuzi także oferują ją w najczystszej postaci. Powodów do przyjazdu do Tarapoto znajdzie się więc sporo, a ponoć, jeżeli ktoś raz zawita do tego miasta, będzie do niego przyjeżdżał ponownie.

Podobnie jest z całym Peru. Jeśli chociaż raz je odwiedzimy, będzie nas tak długo kusiło, aż wrócimy w jego progi. Bo zawsze odkryjemy w nim coś, czego jeszcze nie widzieliśmy, a co zobaczyć trzeba. To kraj, w którym obok wygodnych dróg wiją się niezliczone ścieżki, a koło nich pojawiają się kolejne drogi. Nie ma zatem na co czekać: w drogę!

 

Wydanie jesień-zima 2018

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.