JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl 

 

« Choć to może wydawać się nieprawdopodobne, w granicach Indonezji leży ponad 17,5 tys. wysp. Jej terytorium łączy ciepły Ocean Indyjski i rozległy Pacyfik. Ten kraj jest niczym odrębny świat, który potrafi zadziwić każdego odwiedzającego go przybysza. »

 

 

Klimat indonezyjskich wysp determinuje przede wszystkim ich położenie w rejonie równika. Dzięki niemu mogła się na nich rozwinąć bujna i zróżnicowana roślinność. Poza tym Indonezja należy do Pacyficznego Pierścienia Ognia – strefy, w której występują liczne wulkany. Właśnie duża aktywność wulkaniczna wpłynęła na wygląd tych malowniczych wysp. 

 

W folderach biur turystycznych znajdziemy przede wszystkim rajską Bali. Trudno się dziwić jej ogromnej popularności, bo różnorodnością atrakcji zaskakuje nawet osoby, które odwiedziły już mnóstwo naprawdę interesujących miejsc. Indonezja ma jednak wiele obliczy, dlatego tym razem chciałbym opisać jeszcze Sulawesi (Celebes), gdzie poczułem się zupełnie jak na końcu świata.

 

 

 

 Balijki wykonujące tradycyjny taniec legong w bogato zdobionych strojach i nakryciach głowy

© ISTOCK.COM/BICHO_RARO

 

Pocztówkowa świątynia Tanah Lot na skale na Bali

© ISTOCK.COM/VALERYBOCMAN

 

 

Domy tongkonan z dachami przypominającymi łódź w wiosce w Tana Toraja na południu wyspy Sulawesi

 © ISTOCK.COM/FBXX

 

PIERWSZY PRZYSTANEK

Zacznijmy właśnie od Bali, bo na niej większość turystów rozpoczyna swoją indonezyjską przygodę. Południe wyspy to raj wakacyjny – na wczasowiczów czekają tu białe plaże, wysmukłe palmy, ciepły ocean, rafy koralowe, rozmaite hotele, baseny z krystalicznie czystą wodą i pyszne jedzenie. Dużym plusem jest dobre skomunikowanie regionu. Turyści lądują pod kosmopolitycznym, ponad 900-tysięcznym Denpasarem (Ngurah Rai International Airport), który graniczy z większością nadmorskich kurortów. Potem rozjeżdżają się w zależności od swoich preferencji, np. do 5-gwiazdkowych hoteli w mieście Kuta czy atrakcyjnych resortów w miejscowości Jimbaran. W tej ostatniej knajpki wychodzą wprost na plażę. Podaje się w nich świeże owoce morza czy ryby, w tym sate lilit – typowe dla balijskiej kuchni szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według amerykańskiej platformy CNNgo należą one do 50 najsmaczniejszych potraw świata. Wokół rozbrzmiewa indonezyjska muzyka. Gdy z cienia nocy wyłania się wykonująca rytualny taniec Balijka, trudno oderwać od niej wzrok. Południe wyspy to też ulubione miejsce surferów. Zaawansowani i początkujący miłośnicy ujarzmiania fal mogą skorzystać z oferty jednej z licznych profesjonalnych szkół surfingowych. Wieczorem w barach, restauracjach i klubach rozkwita życie nocne.

Jeżeli chcemy lepiej poznać Bali, powinniśmy wyruszyć w głąb lądu. Tu atrakcji jest co niemiara. Zachęcam do obserwowania z niewielkiego, wygodnego resortu De Klumpu Bali życia balijskiej wioski. Z łoża z baldachimem, w jakie wyposażone są jego pokoje, rozpościera się widok na górę Agung, najwyższy czynny wulkan wyspy (2997 m n.p.m. lub 3031 m n.p.m.). Możemy z bliska przyjrzeć się uprawie ryżu, a nawet wziąć udział w jego sadzeniu czy w powożeniu zaprzęgiem wołów, brodząc po kolana w błotnistej mazi. Dla chętnych przygotowano kurs gotowania tradycyjnych potraw we wnętrzach balijskiego domu. Na koniec uczestnicy zajęć otrzymują specjalny certyfikat zaświadczający o ich kucharskich umiejętnościach. Warto także wybrać się na okoliczne pola i do tropikalnego lasu w poszukiwaniu malowniczych wodospadów, aby zażyć orzeźwiającej kąpieli. W ofercie resortu znajdują się tradycyjne balijskie masaże. Cały kompleks wkomponowany jest w otaczającą go przyrodę, a jego obiekty zbudowano według projektów wzorowanych na miejscowej architekturze. To pomysł samego właściciela Putu Winastry, który pochodzi z nieodległej wioski i dzięki wieloletniemu doświadczeniu zdobytemu w branży turystycznej potrafił znakomicie połączyć ekologiczne rozwiązania z wymogami współczesnej turystyki.

 

 

WSPÓLNE ŚWIĘTOWANIE

Ogromną zaletę pobytu na Bali stanowi możliwość uczestniczenia w lokalnych świętach. Na wyspie obchodzi się ich bardzo wiele. Ja wybrałem Nyepi, ruchomy dzień Nowego Roku, przypadający w marcu lub na początku kwietnia (w 2020 r. wypada 25 marca). W typowej balijskiej wiosce, gdzie każdy dom ma jedną lub kilka małych świątyń, w których codziennie składa się symboliczną ofiarę – banten (zwykle w postaci kadzideł, kwiatów, ale też ciasteczek, słodyczy, owoców, papierosów lub pieniędzy), brałem udział w dwudniowym świętowaniu. Kulminacyjnym momentem pierwszego dnia jest Ngrupuk, parada olbrzymich rzeźb wykonanych ze sklejonego malowanego papieru, przedstawiających hinduistyczne bóstwa i demony ogoh-ohog, niesionych na specjalnych konstrukcjach na ramionach dorosłych, młodzieży i dzieci. Pochodowi towarzyszą koncerty żywiołowej muzyki gamelan, a kończą go szalone tańce i niszczenie przerażających postaci. Ciemności nocy rozjaśnia wtedy blask ognia trawiącego podpalane figury.

Nazajutrz zaczyna się Dzień Ciszy (Nyepi) – czas na refleksję i robienie postanowień na nowy, jeszcze lepszy rok. Nikt nie opuszcza wtedy swojego domu (od godziny 6.00 do 6.00 następnego dnia). Na całej wyspie panuje spokój, a wieczorem zapada ciemność. Nie zapala się żadnych lamp. Nie działa komunikacja, nawet międzynarodowe lotnisko nie obsługuje pasażerów. 

 

 

MAGIA WYSPY

Na Bali warto zawitać do wioski Jatiluwih położonej u podnóża wulkanu Bratan (2276 m n.p.m.) z trzema kalderami. Na jego zboczach leżą opadające tarasowo efektowne pola ryżowe. W 2012 r. wpisano je na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako krajobraz kulturowy prowincji Bali). Tutejsze otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi świątynie wodne służą również do oznaczania poszczególnych poletek. Są częścią systemu irygacyjnego o nazwie subak,składającego się z kanałów i śluz, którego historia sięga IX w. Odzwierciedla on założenia tradycyjnej balijskiej filozofii Tri Hita Karana łączącej sferę duchową oraz świat ludzi i przyrody, powstałej w wyniku kontaktów kulturowych mieszkańców Bali i Indii na przestrzeni ostatnich 2 tys. lat. Oprócz strawy dla ducha ważna jest jednak strawa dla ciała. Miejscowe restauracje serwują dania bazujące na uprawianym w okolicy ryżu, takie jak nasi goreng. Jego podstawę stanowią smażony ryż i jajko, do których kucharz dodaje według uznania warzywa, mięsa lub owoce morza. 

Zaglądam też do XVI-wiecznej hinduistycznej świątyni wznoszącej się na formacji skalnej wystającej z oceanu. Jej nazwa – Tanah Lot – w języku balijskim oznacza „Ziemia w morzu”. To jedno z najświętszych miejsc na wyspie. W grocie pod świątynią odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i zaciekawionych turystów. Kapłan w geście oczyszczenia kciukiem naznacza czoła podchodzących ryżem. Za ucho wkłada im mały symboliczny kwiat. Na tacach trzymanych przez ubranych w białe szaty mężczyzn ląduje kilka monet lub banknotów. W ten sposób od stuleci sacrum miesza się z profanum.

I tutaj trudno się oprzeć pokusie skosztowania lokalnych dań, tym bardziej, że z restauracji można podziwiać widok na malowniczy klif ze świątynią. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu, odbywa się słynny spektakl indonezyjski kecak. Jest on hipnotyzującym połączeniem gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków siedzących wokół centralnego postumentu (małej świątyni), na którym palą się ognie. Tak manifestuje się magia wyspy.

 

 

MIASTO SZTUKI

Miejscem, którego nie wolno pominąć podczas zwiedzania Bali, jest Ubud, czyli jej kulturalna stolica. Sztuka wyziera tu zza każdego zaułka. Zapełnia uliczne stragany, niezliczone galerie i galeryjki, ale i uznane muzea. Należy do nich otwarta w 1996 r. ARMA (Agung Rai Museum of Art), jedna z najciekawszych placówek nie tylko w tym blisko 40-tysięcznym mieście, ale także na całej Bali. W kilku stojących w pięknym parku budynkach galerii, stworzonej przez miejscowego wizjonera i wielbiciela sztuki Agunga Raia, zebrano eksponaty sztuki tradycyjnej i współczesnej, balijskiej i światowej. Chwilę wytchnienia po wędrówce przez niezmiernie interesujące pawilony przynosi odpoczynek w małej, klimatycznej kafejce „Kafe ARMA” (kawa w cenie biletu wstępu) sąsiadującej z muzealnym sklepikiem z pamiątkami w całkiem rozsądnej cenie (ARMA Boutique). Swoją jakością przewyższają rzeczy, które znajdziemy w większości turystycznych sklepów w Ubud.

W centrum miasta warto odwiedzić kilka wspaniałych świątyń i pałaców. Za wstęp do nich zapłacimy jedynie, jeśli będziemy chcieli wziąć udział w wieczornych pokazach tańca balijskiego z towarzyszeniem muzyki gamelan. To właśnie z nich słynie Ubud i one przyciągają najliczniejsze rzesze turystów. Świątynię wodną Saraswati (Pura Taman Saraswati) możemy podziwiać z „Cafe Lotus”, popijając kawę, lokalne piwo Bintang lub drinka. Na Bali, będącej enklawą hinduizmu, nie ma problemu z kupnem alkoholu, w przeciwieństwie do wielu innych miejsc w Indonezji. Wieczorami bary i restauracje przy głównej ulicy Raya Ubud (Jalan Raya Ubud) oraz kilku sąsiednich rozbrzmiewają muzyką i zapełniają się turystami i młodzieżą. 

W mieście znajduje się poza tym obiekt zupełnie nieprzystający do wizerunku kraju muzułmańskiego, jakim jest Indonezja. Chodzi mi o położone za dwoma interesującymi mostami nad głębokimi wąwozami Muzeum Don Antonio Blanco z pracami ekstrawaganckiego, erotyzującego malarza Antonia Blanco (1912–1999), stylizującego się na Salvadora Dalego. Mimo iż temu twórcy daleko do katalońskiego artysty, placówka ma niezwykle ciekawy charakter. 

 

 

POD WULKANEM

Wspominałem o magii Bali. Jednym z miejsc, które mnie oczarowały, są okolice aktywnego wulkanu Batur (1717 m n.p.m.). Wznosi się on wewnątrz rozległej kaldery. Znajduje się w niej również ogromne jezioro wulkaniczne o tej samej nazwie (ma powierzchnię 15,9 km²). 

Większość turystów przybywa tu, aby po noclegu w oferującym bajeczny widok Lakeview Hotel & Restaurant i nocnym marszu podziwiać wschód słońca z krawędzi krateru. Możliwość podziwiania potężnej kaldery, jeziora i sąsiednich wulkanów z góry oraz trekking wulkaniczną granią w pełni wynagradzają trud włożony w półtoragodzinną wspinaczkę. Po zejściu warto zanurzyć się w gorących źródłach gustownie zagospodarowanego kompleksu basenów termalnych łączących się z jeziorem Batur (Toya Devasya Natural Hot Spring).

To wspaniałe, ale typowo turystyczne atrakcje. W okolicy czeka na nas zdecydowanie więcej. Przy jednej z najstarszych osad na Bali, leżącej na wprost wulkanu wiosce Trunyan (Terunyan), znajduje się niezwykły cmentarz. Można do niego jedynie dopłynąć łodzią. Ta nekropolia jest jedną z trzech założonych przez mieszkańców rybackiej osady – każda z nich została przeznaczona dla osób zmarłych innego rodzaju śmiercią. Zwłoki są tu układane pod rosnącym w tej okolicy świętym drzewem taru menyan (zwanym również kadzidłowcem), neutralizującym zapach rozkładających się ciał. Na cmentarzu miejsca wystarcza jedynie dla 11 zmarłych naraz. Czaszki i kości wcześniej pochowanych nieboszczyków kładzie się obok tymczasowych trumien z bambusa. W przylegającej do nekropolii, pochłanianej przez bujną roślinność świątyni królują wszędobylskie małpy. Atmosfera cmentarza przypomina nieco nastrój z filmów grozy.

Inne niesamowite miejsce ukryte w bezkresnym tropikalnym lesie otaczającym Batur stanowi Pura Nunggu. Świątynia ta zaskakuje niezwykłością zmurszałych figur stojących pośród resztek kamiennych budowli, rzeźb nie przypominających w najmniejszym stopniu znanych bogów hinduizmu. Wykonawcy drewnianych posągów inspiracji szukali podczas wielogodzinnych medytacji. Efekty ich pracy są zadziwiające, kojarzą się bardziej z sennymi koszmarami niż relaksującymi wizjami, przywodzą na myśl wierzenia animistyczne, a nie współczesne religie.

 


NA PÓŁNOCY

Odwiedzić należy też z pewnością północną część Bali. Na zachodnim wybrzeżu tego regionu odkryłem rybacką osadę Pemuteran, położoną malowniczo między górami a Morzem Balijskim. Mieszają się w niej wpływy muzułmanów (stanowiących ok. 87 proc. ludności Indonezji) i hinduistów. Pobliskie świątynie nie przypominają pomników do podziwiania, ale są żywymi wspólnotami wiernych i kapłanów. Możemy tutaj uczestniczyć w rytuałach religijnych jednoczących wiejską społeczność.

Region ten zyskuje coraz większą popularność. Świadczyć o tym mogą nowo powstające kameralne resorty turystyczne. W balijskich knajpkach serwuje się wyśmienite balijskie potrawy, w muzułmańskich – muzułmańskie. W ośrodkach wypoczynkowych wykupimy rejs łodzią z rybakami, którzy zabiorą nas na podziwianie tutejszych raf koralowych. Przy obsłudze obiektów pracują niemal wyłącznie mieszkańcy wioski. Prekursorem takiego modelu turystyki w tej okolicy był Agung Prana. Opuścił on Denpasar, aby zrealizować swoją wizję wypoczynku w zgodzie z naturą i w duchu współpracy z lokalną społecznością. Niemałe znaczenie w jego koncepcji miało również respektowanie prywatności gości czy okazywanie szacunku ludziom, także ze względu na ich przekonania religijne. Te idee spotkały się z dużym zainteresowaniem na całym świecie. Leżący nad brzegiem morza i między górami kompleks Taman Sari Bali Resort & Spa jest znakomitym odzwierciedleniem jego wizji. Dużą wagę przywiązuje się tu do odbudowy rafy koralowej (tzw. Coral Restoration Project). Podczas nurkowania w pobliżu plaży z łatwością dostrzeżemy specjalne podwodne konstrukcje wspomagające rozwój ekosystemu. Kilkaset metrów dalej rafa odnawia się w sposób naturalny. Choć rośnie wolniej, przybiera jeszcze intensywniejsze barwy. 

 

 

INNA NIŻ WSZYSTKIE

W poszukiwaniu indonezyjskiego końca świata postanowiłem wybrać się na wyspę Sulawesi, inaczej Celebes. Wiedziałem, że koniecznie będę chciał zobaczyć na niej chyba najbardziej niezwykłą na świecie, kilkudniową ceremonię pochówku zmarłego członka rodziny Toradżów (lokalnej grupy etnicznej). Po śmierci dalej mieszka on ze swoimi krewnymi, czekając na pogrzeb. Sam obrzęd, którego jednym z elementów jest rytualny ubój kilkudziesięciu wołów domowych, budzi ogromne kontrowersje i sprzeciw wielu organizacji próbujących doprowadzić do jego zakazania. 

Jednak Sulawesi słynie także ze swoich rajskich krajobrazów, zagubionych wysepek i pięknych raf koralowych, malowniczych, ciągle aktywnych wulkanów i gigantycznych połaci nieprzebytego lasu tropikalnego, wspaniałej kultury i znakomitej kuchni. Ma osobliwy kształt i równie wyjątkowy charakter pod względem etnicznym, religijnym czy politycznym. Dewiza Indonezji brzmi Jedność w różnorodności, a Celebes znakomicie ją oddaje.

 

 

OSTATNIE POŻEGNANIE

Ląduję na południowym zachodzie wyspy w ok. 2-milionowym Makasar i natychmiast gnam setki kilometrów do Tana Toraja (to jedna z jednostek podziału administracyjnego w Indonezji noszących nazwę kabupaten). Pora deszczowa nie jest czasem pogrzebów, a właśnie tego dnia rozpoczyna się ceremonia pogrzebowa w małej wiosce obok miasta Rantepao, w samym sercu regionu! Przybywają setki gości z najbliższej i dalszej rodziny, znajomi i sąsiedzi. Oprócz słów współczucia przynoszą całą masę prezentów: papierosy, cukier, kawę lub inne przydatne podczas wielodniowej celebracji artykuły. Zamożniejsi czy bliżsi członkowie rodziny przyprowadzają ze sobą świnie albo woły. 

Jestem na pogrzebie, biorę udział w ostatnim akcie wielomiesięcznego, a bywa i wieloletniego rytuału, który rozpoczyna się w momencie śmierci kogoś z rodziny. Nieboszczyka przenosi się do środkowej izby tradycyjnego, zbudowanego w charakterystyczny sposób domu tongkonan, gdzie nie traktuje się go jako zmarłego, lecz jako śpiącego czy chorego i dzieli się z nim jedzeniem, piciem, papierosami. Ciało leży zabalsamowane w otwartej trumnie. Dom stoi na palach, a jego ogromny dach przypomina kształtem łódź. Skąd taka forma, skoro Tana Toraja znajduje się w sercu gór, z dala od jakiegokolwiek wybrzeża? Ktoś z gospodarzy tłumaczy mi, że Toradżowie wywodzą się z Chin. Tu na jednej z wysp obecnej Indonezji stworzyli odmienną od reszty jej mieszkańców, wyrazistą społeczność. 

Wielkie przedsięwzięcie obliczone na setki osób trzeba odpowiednio skoordynować, ustalić jego finansowanie. Potem wewnątrz wioski należy wybudować tymczasowe pawilony dla gości i dalszej rodziny czy wspomnianą konstrukcję na trumnę ze zmarłym. Gdy wszystko zostanie już ustalone i gotowe, a data pogrzebu oficjalnie ogłoszona, przybywają zaproszone osoby witane przez paradnie ubranych gospodarzy i dzieci w tradycyjnych, kolorowych strojach. Tym razem na marach spoczywa babcia, której portret zawieszony jest na tongkonan. Przygląda się wszystkiemu, sprawdzając, ile świń i wołów przyprowadzają goście. Od tego zależy, czy godnie wkroczy w zaświaty. 

Po dwóch niezwykłych dniach tańców, śpiewów, procesji, powitań, walk kogutów, jedzenia i picia następuje rytuał poświęcenia wołów. Na plac pomiędzy pawilonami, którego centralny punkt stanowi tzw. wieża mięsna, zostaje wprowadzony ogromny osobnik. Przywiązują go do masywnego pala wbitego w ziemię. Jest to wół albinos o jasnej, różowawej skórze ozdobionej szarymi plamami, wart tyle co dobry samochód. Rodzina, dorośli i dzieci, robią sobie ostatnie, pamiątkowe zdjęcie z pięknym zwierzęciem o błękitnych oczach. Mistrz ceremonii wyciąga zza pasa maczetę i wprawnym ruchem podcina wołowi gardło. Jest dobry w swoim fachu. Po chwili wół pada martwy na plac. Potem przychodzi kolej na następne. Na to, co się dzieje, mogę patrzeć tylko przez wizjer kamery czy aparatu fotograficznego. Nie potrafię podnieść oczu i przyglądać się walce o utrzymanie się na nogach kolejnego niezwykle silnego zwierzęcia. Nie rozumiem aplauzu i śmiechu widzów, gdy ofiara wyrywa wielkie pale, przewraca wątłe drzewa otaczające plac, pada na kolana i z trudem znów się podnosi, rozglądając się rozpaczliwie dookoła. Nie pojmuję zachwytu uśmiechniętych dzieci. Kiedy patrzę wokół, zauważam, że nie wszyscy dobrze się bawią. Jedna z młodych dziewczyn chowa twarz w dłoniach. 

Kolejnego dnia spotykam się z rodziną, aby ostatecznie pożegnać babcię. Jest spokojnie i uroczyście. Jedzenia i picia nadal nie brakuje. Rodzina robi sobie zdjęcia przy ustawionej na bambusowym postumencie ozdobnej trumnie. Inni wyrażają swój żal, płacząc i przytulając się do trumny. Gdy plac i pawilony są już pełne gości, grupa mężczyzn podkłada długie bambusowe drągi pod skrzynię z ciałem i unosi ją. Zmarłą czeka ostatnia droga do grobowca usytuowanego na wzgórzu powyżej wioski. Za trumną ze zdjęciem babci ustawia się długi kondukt żałobny. Ruszamy, ale nie spokojnie i dostojnie, jak się spodziewałem. Mężczyźni podrzucają nieboszczkę, kręcą się z nią dookoła własnej osi i, śmiejąc się, maszerują lub nawet biegną w górę. Żałobnicy przyłączają się do zabawy, pokrzykując i dopingując tragarzy do większego wysiłku i kolejnych wygibasów z ciężką trumną. Gdy docieramy pod grobowiec, tłum się uspokaja, ale i zagęszcza. Trudno przebić się z ciałem do otworu drzwiowego. Wszyscy chcą wejść do niewielkiego budynku w kształcie kaplicy, aby pożegnać zmarłą, zrobić zdjęcie. Nad wejściem wisi święty obraz podobny do tych z polskich kościołów. Nie ma w tym nic dziwnego, Toradżowie w większości są chrześcijanami (protestantami). Kiedy dużą trumnę udaje się umieścić w ciasnym pomieszczeniu, rozlega się zawodzenie płaczek, którym wtórują kobiety z rodziny. Po jakimś czasie wszyscy rozchodzą się do domów. 

 

 

KRÓLESTWO RAFY

Z Tana Toraja wyruszam na północny wschód Sulawesi, żeby spędzić trochę czasu na Bunaken. Ta niewielka wyspa (o powierzchni ok. 8,1 km2) uchodzi za jedno z ważniejszych centrów nurkowych w Indonezji. Leży niedaleko ponad 430-tysięcznego miasta Manado i stanowi część Parku Narodowego Bunaken (Taman Nasional Bunaken), który zajmuje 890 km2 (z czego tylko 3 proc. to ląd). Wody w tej okolicy mają temperaturę mniej więcej 27–29°C przy powierzchni. Występuje tu olbrzymia różnorodność koralowców, ryb i gąbek.

Rejsy na rafy koralowe organizują liczne biura turystyczne usytuowane w Manado. Ja postanowiłem po prostu złapać łódź w tutejszym porcie. Nie było to trudne. O umówionej porze wsiadam do lokalnej motorówki. Podpływamy do najbliższej rafy koralowej przy Bunaken. Nie jesteśmy tu sami. Wokół krążą dziesiątki większych i mniejszych łodzi z turystami. Pod wodą też panuje niemały ruch, co jednak nie przeszkadza w kontemplowaniu nadzwyczaj pięknej fauny i flory. Ryby same podpływają pod maskę, czasem zaczepiają mnie dosyć natarczywie. Początkowo wydaje mi się, że są ciekawskie. Jednak po chwili dostrzegam Indonezyjczyka z sąsiedniej motorówki wabiącego je pokarmem. Nie wiem, czy to legalne. Gdy koło nas zatrzymuje się duża jednostka pełna głośnych chińskich turystów rozochoconych alkoholem, właściciel mojej łodzi szybko zgadza się zmienić miejsce. Pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę. Całkiem blisko znajdujemy przepiękną, spokojną okolicę, gdzie wokół bajecznej rafy koralowej krążą nieprzebrane ilości kolorowych ryb i rybek, i to bez dokarmiania. 

Stałym punktem nurkowo-snorkelingowej wyprawy jest lunch na wyspie. Choć stanowi atrakcję przeznaczoną dla masowego turysty, ma swój urok. Poza tym podawane potrawy smakują wręcz genialnie. Nie przez przypadek w menu dominują pyszne świeże ryby i owoce morza. Można nawet dostać piwo.


 
Rejs po morzu Celebes w pobliżu północno-wschodniego wybrzeża Sulawesi, widok na wysepkę Manado Tua


© ISTOCK.COM/SOFT_LIGHT

 

W ŚRODKU ZATOKI

Podczas swojej wyprawy na koniec świata trafiam także na maleńką wysepkę Kadidiri. Wchodzi w skład Wysp Togian (Togean), malowniczego archipelagu usytuowanego na równiku, na Morzu Moluckim, pośrodku zatoki Tomini. Docieram w to rajskie miejsce szybką, dwusilnikową łodzią dla kilkunastu pasażerów. Potem przesiadam się na mały, blaszany statek transportowy, który dostarcza wodę i zaopatrzenie do mojego resortu. Z jego pokładu podziwiam pocztówkowy widok na dziesiątki wysepek. Spora część z nich nie jest zamieszkała. Porasta je bujna tropikalna roślinność. Gęste wilgotne lasy równikowe ozdobione są kępkami palm. Niezwykłe wrażenie robią maleńkie, piaszczyste zatoczki i bezludne plaże. Pojawiają się i większe zatoki. Na ich brzegach często dostrzegam kompleksy hotelowe. Na Kadidiri jest ich zaledwie pięć. Poza tym znajduje się tutaj niewielka wioska rybacka i to wszystko.

Gdy zauważam charakterystyczne długie molo wbijające się głęboko w płytką, krystalicznie przejrzystą zatokę, wiem, że trafiłem do celu. Kadidiri Paradise Resort & Dive Centre to niewielki resort składający się z przestronnego, pełnego światła drewniano-bambusowego pawilonu restauracji, baru i recepcji w jednym oraz 30 bungalowów usytuowanych pośród soczystej zieleni lub na palach bezpośrednio nad wodą. Rzucam bagaże i swoje rozleniwione ciało na wielkie, drewniane łoże z baldachimem, które zajmuje niemal cały pokój. Nad moją głową leniwie szumi ogromny wentylator. Resztę wyposażenia stanowią małe biurko i szafka. Po chwili przenoszę się na taras ze stolikiem i hamakiem, aby do końca wysączyć mojego powitalnego drinka. 

Zanim pójdę uzgodnić z nadzwyczaj sympatyczną obsługą resortu plan na kilka najbliższych dni, zanurzam się w ciepłej, ale orzeźwiającej wodzie. Przyjemność pływania jest niezwykła. Z łatwością mogę obserwować niezliczone kolorowe rybki i podwodną roślinność, a gdy podnoszę głowę widzę pobliskie wysepki oraz malownicze wybrzeże i dziewiczą plażę. 

Przy okazji muszę opowiedzieć historię, która wydarzyła się dzień czy dwa później. Gdy siedziałem rano na swoim tarasie, zauważyłem nagłe poruszenie w wodzie tuż przy plaży w miejscu, gdzie zaczyna się mała rafa koralowa. Ku mojemu osłupieniu i przerażeniu z morza wyłoniła się charakterystyczna płetwa grzbietowa rekina, a potem druga i trzecia. Drapieżniki najwyraźniej dopadły swoją ofiarę. Malujący się na mojej twarzy strach dostrzegła młoda dziewczyna z obsługi i wybuchła gromkim, radosnym śmiechem. Nie bój się, to są małe, zupełnie niegroźne rekiny rafowe, które tu często rano baraszkują. Idź popływać z nimi! – powiedziała, ocierając łzy. 

 

 

MOJA PLAŻA

Głównym zajęciem na wysepce Kadidiri jest nurkowanie lub snorkeling. Wypływamy szybką łodzią motorową w Morze Moluckie. Kotwiczymy opodal podwodnego raju – przepięknej rafy koralowej. Wskakuję do wody z maską i rurką, zaawansowani nurkowie – z butlami. Nie mogę porównać naszych doznań, ale ja zdecydowanie nie zawiodłem się w swoich oczekiwaniach. Lokalni przewodnicy specjalizują się w poszukiwaniu olbrzymich ryb, np. barakud, czy wypatrywaniu trudno zauważalnych, małych morskich stworzeń.

Inny pomysł na spędzenie czasu stanowi wycieczka drewnianym katamaranem do malowniczej zatoczki jednej z sąsiednich wysepek, na której po pokonaniu stromego wybrzeża można wskoczyć do turkusowego jeziorka pełnego... meduz (tzw. Jellyfish Lake). To jedno z niewielu takich miejsc na świecie, gdzie popływamy bezpiecznie z tymi zwiewnymi zwierzętami. Są ich tu setki, a nawet tysiące i... nie parzą. 

Można także powędrować w głąb wilgotnego lasu równikowego, który zaczyna się tuż za bungalowem. Miejscowi wydeptali ścieżki łączące ze sobą wioskę i resorty. Na skrzyżowaniach wąskich traktów spotkamy niekiedy sprzedawców lokalnych napojów orzeźwiająco-alkoholowych. Niektóre ścieżki prowadzą na cudowne, bezludne plaże położone w zatoczkach pełnych palm. 

Do jednego z takich zakątków wybrałem się, aby w zupełnej samotności kontemplować piękno natury. Moim nieoczekiwanym towarzyszem został wioskowy czy resortowy pies, któremu najwyraźniej wędrówka przez tropikalną gęstwinę sprawiała mnóstwo radości. Biegał tam i z powrotem, przeskakiwał przez powalone drzewa i gałęzie, wypatrywał małp i ptaków. Aż nagle mu się znudziło, zawrócił i pędem pognał z powrotem. Zostałem sam. Małp, drzew, lian i palm zrobiło się jakby więcej. Na szczęście po chwili dojrzałem prześwitującą między drzewami wodę. Piękna, bielutka plaża była moja, tylko moja. Bez wątpienia znalazłem tutaj swój wymarzony koniec świata.

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Z plecakiem przez Papuę-Nową Gwineę

KAROLINA SYPNIEWSKA

 

<< Papua-Nowa Gwinea stawia przed podróżnikiem wiele wyzwań. Nie jest to kraj na odbycie pierwszej dalekiej wyprawy za granicę. Niedostępna informacja turystyczna, niezbyt stabilna sytuacja polityczna i korupcja nie wróżą najlepiej początkującym globtroterom. To właśnie dlatego zdecydowałam się wybrać ten kierunek na moją kolejną egzotyczną podróż. W państwie, w którym praktycznie nic nie zostało przygotowane na przyjęcie turystów, każde doświadczenie będzie niezmiernie autentyczne. Za cel wyjazdu postawiłam sobie poznanie uderzająco pięknej przyrody i obcowanie z przedstawicielami lokalnej ludności, niezwykle niejednolitej pod względem kulturowo-etnicznym. >>

Więcej…

Wietnam w pięciu smakach

DSC_0561.jpg

Stare Miasto w Hội An na północnym brzegu rzeki Thu Bồn

©POLKA TRAVEL/MAJKA SZURA

 


MAGDALENA BARTCZAK

 

Wietnamczycy tworzą jedną z najliczniejszych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Jeśli wierzyć aktualnym statystykom, ich populacja w naszym kraju sięga dziś ponad 50 tys. osób. Mimo tego wydaje się, że większość Polaków nadal niewiele wie o tym narodzie oraz jego fascynującej ojczyźnie, pełnej kontrastów i emanującej zauważalną na każdym kroku energią. 

Więcej…

W Argentynie, kraju różnorodności

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

 Wieczór z tangiem w Buenos Aires, degustacja wina w Mendozie, delektowanie się stekami w niemal każdym rejonie w kraju – to tylko kilka atrakcji czekających na turystów w Argentynie. Poza tym znajdą tu oni otwarte przestrzenie Patagonii, lodowce, wodospady i wybrzeże oceanu. Są też wulkany okryte śniegiem, pustynia zasypana solą i chłodna Ziemia Ognista. W Argentynie jest po prostu wszystko i jeszcze więcej.

 

Taka różnorodność krajobrazu i klimatu nie powinna dziwić. Ten drugi po Brazylii największy kraj Ameryki Południowej zajmuje ponad 15 proc. całego kontynentu (ma ok. 2,8 mln km² powierzchni). Dzieli niemal 6,7 tys. km granicy z Chile i ma prawie 5 tys. km linii brzegowej. Wilgotne lasy z wodospadami Iguazú na północy, majestatyczne Andy z najwyższym szczytem Aconcagua (6961 m n.p.m.) i najwyższym aktywnym wulkanem na ziemi Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) na zachodzie, surowe krajobrazy najdalej na południe wysuniętych zakątków kontynentu i bezkres oceanu na wschodzie – jedno życie nie wystarczy na zobaczenie i poznanie wszystkich skarbów Argentyny, ale warto próbować.

 

Ponieważ miejsc do odwiedzenia w tym południowoamerykańskim kraju jest tak wiele, wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Nie ma jednego sposobu na udaną wyprawę. Jednak właśnie dlatego każda wizyta w Argentynie staje się wyjątkowym przeżyciem.

 

34465836134 7d01e9dd81 o

Para tańcząca tango w San Telmo, jednej z najstarszych dzielnic Buenos Aires

© ENTE DE TURISMO DE LA CIUDAD DE BUENOS AIRES

 

TANGO I KOLOROWE ULICE

 

Naszą podróż zaczniemy od stolicy kraju, która przyciąga jak magnes turystów i miłośników tanga z całego świata. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że będę tańczyć ten zmysłowy taniec w Buenos Aires, czyli tu, gdzie się narodził, choć tak naprawdę o miano kolebki tanga to argentyńskie miasto walczy z urugwajskim Montevideo. Wszak to w obu tych ośrodkach, leżących po dwóch stronach La Platy (Río de la Plata – Srebrnej Rzeki), cieszyło się ono rosnącą popularnością od połowy XIX w. Rozpowszechniać zaczęli je imigranci, choć nie wiadomo, czy pierwsi byli ci z Montevideo czy Buenos Aires. Jednak nie to jest najważniejsze, a fakt, że taniec zyskał sobie grono miłośników nie tylko w tym regionie, ale i na całym świecie. Dziś istnieje co najmniej kilkanaście różnych jego odmian. Poza tym w 2009 r. na wspólny wniosek Argentyny i Urugwaju tango zostało wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć pokazu tanecznego to moim zdaniem duży błąd. Występy profesjonalnych tancerzy w klubach tanga naprawdę zachwycają. Jeszcze lepszym doświadczeniem będzie nauka tańca. W argentyńskiej stolicy znajduje się wiele miejsc, w których oferuje się płatne lub darmowe lekcje. Wystarczy przejść się wieczorem wąskimi ulicami dzielnicy San Telmo, żeby na nie trafić. Do tego rejonu Buenos Aires warto również wybrać się w poszukiwaniu pamiątek – w każdą niedzielę zamienia się on w wielkie targowisko ze starociami, rękodziełem i najróżniejszymi drobiazgami (Feria de San Telmo). Niedaleko tej urokliwej dzielnicy pełnej kawiarń i sklepów ze starymi, pięknie stylizowanymi szyldami, w samym ścisłym centrum (Microcentro) stoi Różowy Dom (Casa Rosada) –siedziba prezydenta kraju, z której okna Madonna wcielająca się w rolę Evy Perón (1919–1952) w filmie Evita śpiewała piosenkę Don’t cry for me Argentina (Nie płacz za mną, Argentyno).

 

Na zwiedzanie argentyńskiej stolicy trzeba przeznaczyć co najmniej tydzień. Do zobaczenia poza San Telmo i Microcentro jest jeszcze Puerto Madero – nowoczesny port, jeden z piękniejszych i najbardziej znanych cmentarzy świata, czyli Cementerio de la Recoleta, Palermo – dzielnica hipsterskich kawiarń, klubów i nowoczesnych hosteli, a do tego ciekawe muzea, zabytkowa i bardzo kolorowa dzielnica La Boca i tysiące ciekawych murali rozsianych w najróżniejszych rejonach. Buenos Aires upodobali sobie uliczni malarze z całego świata, dzięki czemu podczas poznawania miasta można odkrywać ich dzieła w zaskakujących miejscach.

 

Stolica Argentyny leży, jak wspomniałam, nad La Platą – estuarium (szerokim lejkowatym ujściem), które tworzą wody rzek Paraná i Urugwaj przed połączeniem się z Oceanem Atlantyckim. Argentyńczycy i Urugwajczycy nazywają je rzeką, choć wedle definicji geograficznych mogłoby być także zatoką lub morzem przybrzeżnym. Río de la Plata ma ok. 290 km długości oraz zaledwie kilka kilometrów szerokości w głębi lądu i 220 km przy granicy z Atlantykiem. Warto wybrać się tu na rejs na pokładzie jednego z niewielkich promów, które pływają z Buenos Aires do urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento – ulubionego celu weekendowych wycieczek wielu Porteños (jak nazywają siebie mieszkańcy portowego argentyńskiego miasta). Ponad 400 km na południe od stolicy Argentyny leży Mar del Plata (Morze Srebra). To 700-tysięczne miasto słynie z piaszczystych, ale też zatłoczonych plaż, bogatego życia nocnego, kasyn i kuchni opartej na rybach i owocach morza. Porteños bardzo chętnie spędzają w nim wakacje.

 

WODOSPADY I MISJE JEZUICKIE

 

Skoro jesteśmy przy temacie rzek i wody, nie sposób nie wspomnieć o wodospadach Iguazú – jednej z największych atrakcji całego kontynentu. Nazwa tego niezwykłego cudu natury wywodzi się z języka guarani, którego użytkownicy zamieszkiwali tutejsze tereny na długo przed wytyczeniem granic dzielących Argentynę z Brazylią i Paragwajem. Iguazú, a właściwie Yguasu, znaczy po prostu Wielka Woda, co znakomicie oddaje rzeczywistość. Wodospady mają szerokość ok. 2,7 km, a woda w najwyższym punkcie (Garganta del Diablo, czyli Diabelska Gardziel) spada z wysokości aż 80 m. Są więc dużo potężniejsze od Niagary w Ameryce Północnej czy Wielkiej Siklawy w polskich Tatrach Wysokich. Podobno sama pierwsza dama Stanów Zjednoczonych Eleanor Roosevelt (1884–1962) straciła respekt dla majestatu Niagary, gdy ujrzała Iguazú. Warto zobaczyć je na własne oczy. Po argentyńskiej stronie można chodzić przed kaskadami, obok nich i nad nimi (a nawet pod nie podpłynąć). Na podziwianiu wodospadów z bliska da się spędzić nawet cały dzień. Z części brazylijskiej rozpościera się jednak lepszy widok na całe Iguazú. Najlepiej więc wybrać się na zwiedzanie po obu stronach granicy.

 

Te wspaniałe wodospady leżą w prowincji Misiones wciśniętej pomiędzy Brazylię i Paragwaj. To niezmiernie atrakcyjny region, choć – niestety – często odwiedzany tylko ze względu na Iguazú. W tych tropikalnych, porośniętych gęstymi, soczyście zielonymi lasami okolicach znajdują się pozostałości jezuickich misji (zwanych również redukcjami), które powstawały w XVII w. w tej części Ameryki Południowej na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Jezuici nawracali miejscowych Indian Guarani na wiarę katolicką, dzieci posyłali do szkoły, a dorosłych przyuczali do wykonywania zawodów rzemieślniczych. W drugiej połowie XVIII stulecia misje jezuickie zostały zlikwidowane w wyniku działań politycznych i wojskowych Hiszpanów i Portugalczyków, a misjonarze wypędzeni. Dziś w każdym z trzech krajów można odnaleźć pozostałości po nich. W Argentynie najlepiej zachowała się redukcja San Ignacio Miní, ale oprócz niej warte obejrzenia są jeszcze Santa Ana, Nuestra Señora de Loreto i Santa María la Mayor. Wszystkie umieszczono w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć z jednej strony wydają się do siebie podobne, każda z nich jest jednocześnie inna.

 

POLACY I YERBA MATE

 

Kolejny powód do odwiedzenia prowincji Misiones można nazwać patriotycznym. W tym regionie żyje sporo potomków naszych rodaków, którzy wyemigrowali do Argentyny pod koniec XIX i na początku XX w. Pierwszym Polakom nie było łatwo. Zastali tu żyzną, ale porośniętą gęstym lasem ziemię, a kiedy opuścili pokład statku, zostali zdani tylko na siebie. Musieli zmagać się z nieznośnym upałem, komarami i tropikalnymi chorobami. Mieli jednak ręce gotowe do pracy i tymi rękoma karczowali lasy i przygotowywali glebę pod uprawy, żeby przeżyć. Rolnictwa uczyli się od nowa, na miejscu, wszak z uwagi na inny klimat wiedza przywieziona z Europy niemal na nic się zdała. Wielu z nich zmarło, a ci, którzy przetrwali, pomimo odniesionego sukcesu (imigranci ujarzmili nieprzyjazne człowiekowi tereny i zaczęli żyć z roli) nie byli do końca szczęśliwi. Brakowało im polskiego jedzenia, języka i tradycji. Starali się więc kultywować rodzime zwyczaje w swoich domach. Dziś wielu ich potomków wciąż pamięta o tych korzeniach, interesuje się kulturą przywiezioną przez przodków i nie pozwala jej zaniknąć. Działają tutaj zespoły taneczne, odbywają się lekcje języka polskiego i sprzedaje się przysmaki i dania naszej kuchni. W miastach i miasteczkach, takich jak Posadas (stolica prowincji Misiones), Wanda, Oberá czy Apóstoles, można odkryć polskie nazwy ulic, przykłady architektury, kościoły, młyny i odnaleźć polskie domy i stowarzyszenia oraz spotkać potomków emigrantów.

 

W Oberze co roku we wrześniu odbywa się Fiesta Nacional del Inmigrante, czyli Narodowy Festiwal Imigrantów, którzy przybywali tu od początku XX w. z wielu krajów świata. W tej barwnej imprezie biorą udział wspólnoty popularyzujące kulturę i zwyczaje przywiezione przez przodków ze swoich ojczyzn. Wydarzenie organizowane jest w Parku Narodów (Parque de las Naciones), w którym stoi 14 tradycyjnych domów poszczególnych społeczności imigranckich. Polskę reprezentuje duży, piękny budynek w stylu zakopiańskim. W środku można spróbować lepionych na miejscu pierogów czy golonki lub wypić kieliszek polskiej wódki. Obserwowanie Argentyńczyków z pieczołowitością i zapałem kultywujących tradycje przekazane im przez rodziców lub dziadków to naprawdę wzruszające przeżycie.

 

W Apóstoles znajduje się za to Muzeum Historyczne Jana Szychowskiego (Museo Histórico Juan Szychowski) poświęcone Polakowi, który stworzył jedną z najbardziej znanych na świecie marek produkujących yerba mate – Amandę. Sam zbudował maszyny do mielenia ryżu, mąki kukurydzianej i liści ostrokrzewu paragwajskiego (z tej rośliny powstaje yerba mate) i w latach 20. XX w. rozpoczął produkcję. Dziś torebki z yerba mate z logo tej firmy można kupić praktycznie w każdym zakątku naszego globu.

 

Argentyńczycy piją napar z ostrokrzewu paragwajskiego niemal bez przerwy. Nie rozstają się z mate (naczyniem zrobionym z tykwy, drewna, metali, ceramiki, a nawet plastiku), bombillą (specjalną rurką do picia) i termosem z gorącą wodą, służącą do ponownego zalewania suszu. W Misiones, jak też w Paragwaju i na południu Brazylii, równie popularna jest wersja yerba mate zwana tereré, czyli przygotowywana na zimno, z kostkami lodu, ziołami i często również z sokiem z owoców. Taki napój idealnie orzeźwia w upalne dni! Napar nie tylko odpowiednio się przyrządza, lecz także pija w grupie w określony sposób: każde zalanie suszu przeznaczone zostaje dla jednej osoby, ale wszyscy korzystają z tego samego mate i używają jednej bombilli. Kiedy ktoś wypije swoją porcję, przekazuje naczynie posiadaczowi termosu, a on ponownie je uzupełnia dla następnego członka grupy. I tak trwa to kilka tur, aż yerba mate przestanie nadawać smak wodzie. Jeśli jakaś osoba nie ma już ochoty na picie, gdy oddaje mate, mówi gracias, czyli dziękuję – to znak dla nalewającego, żeby więcej nie wręczał jej naparu.

 

Activa - Turismo de Aventura - Trecking - Tolar Grande Salta

Trekking w okolicy wioski Tolar Grande (ponad 3500 m n.p.m.) w prowincji Salta

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

POCIĄG DO CHMUR I GÓRY

 

Na północy Argentyny znajduje się wiele ciekawych miejsc. W drodze z Misiones na zachód warto się zatrzymać na spacer po mieście Corrientes leżącym nad rzeką Paraná. Kolonialna architektura miesza się tutaj z nowoczesnym budownictwem. Znakiem rozpoznawczym tego miejsca jest wielki most generała Manuela Belgrano, który łączy Corrientes z miastem Resistencia położonym już w sąsiedniej prowincji – Chaco. Podczas wyprawy na zachód kraju przez tę ostatnią warto zawitać do Salty. Ma ona ciekawą kolonialną zabudowę, ale turystów przyciąga ze względu na swoje położenie. Miasto stanowi dobrą bazę wypadową w Andy, u stóp których leży. W okolicy można wybrać się na trekking, pojeździć na rowerach górskich lub koniach. Popularną atrakcją jest Pociąg do Chmur (Tren a las Nubes). Wprawdzie od dwóch lat nie odjeżdża on już z samej Salty, jednak stąd najłatwiej wyruszyć na wycieczkę. Rano autobus zabiera chętnych do San Antonio de los Cobres, gdzie wsiadają do wagonów. Pociąg wwozi pasażerów na wiadukt La Polvorilla położony na wysokości 4200 m n.p.m. To dzieło inżynierii z lat 30. XX w. stanowi najbardziej malowniczy punkt krótkiej trasy. Wiadukt jest wysoki na 63 m i waży prawie 1,6 tys. t. W założeniu linia kolejowa miała połączyć Argentynę z Chile i służyć mieszkańcom, ale w 1971 r. postanowiono zrobić z niej atrakcję turystyczną, która dziś przyciąga zarówno miłośników kolejnictwa, jak i osoby lubiące piękne górskie widoki. W drodze powrotnej do Salty autobus zatrzymuje się w małej wiosce Santa Rosa de Tastil, przy której znajdują się ruiny XIV- i XV-wiecznego miasta Tastil zbudowanego tylko z kamienia, bez użycia żadnej zaprawy. Pod koniec XV stulecia, zanim dotarli do niego Inkowie, mieszkało tu ponad 2 tys. osób. Ludność ta trudniła się uprawą kwinoa i kukurydzy oraz wypasaniem lam.

 

Z Salty warto się także wybrać na północ, do miasta Jujuy, a właściwie San Salvador de Jujuy, które leży u wejścia do wąwozu Humahuaca (Quebrada de Humahuaca). Ta niezwykła głęboka dolina ma ok. 150 km długości. Zimą jest sucha, a latem wypełnia ją Rzeka Wielka (Río Grande). W 2003 r. Humahuaca trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jedną z największych atrakcji okolicy stanowi Wzgórze Siedmiu Kolorów (Cerro de los Siete Colores), wznoszące się nad małą, urokliwą miejscowością Purmamarca. Swoje barwne warstwy zawdzięcza ono procesom geologicznym. Legenda mówi jednak, że zboczy nie zdobiły kolorowe pasy, gdy powstała Purmamarca. Miejscowym dzieciom zamarzyła się wielobarwna góra, która ożywiłaby okolicę, ale ich rodzice nie chcieli o tym słuchać. Dlatego przez siedem nocy ich pociechy wymykały się z domów i domalowywały kolejne warstwy na skalnych ścianach, dzięki czemu dziś możemy podziwiać ten prawdziwie malowniczy widok. Warto zostać chwilę w Purmamarce i przyjrzeć się spokojnemu życiu tego górskiego miasteczka.

 

Komu będzie jeszcze mało pięknych krajobrazów z górami w roli głównej, powinien zajrzeć do Cafayate, skąd wyrusza się na wycieczki do dolin Calchaquíes (Valles Calchaquíes). Można w nich podziwiać wspaniałe widoki na kolorowe formacje skalne, wśród których dominują wszelkie odcienie pomarańczu. Ze względu na żyzne ziemie okolica słynie z produkcji wyśmienitych win.

 

MIASTO NIEPODLEGŁOŚCI I KOLONIALNA PERŁA

 

Ważne miasto dla Argentyńczyków stanowi San Miguel de Tucumán. To właśnie tutaj 9 lipca 1816 r. podpisano deklarację niepodległości. Co roku, na ten jeden dzień San Miguel de Tucumán zostaje stolicą Argentyny. Szczególnie hucznie obchodzono 200. rocznicę podpisania dokumentu (w 2016 r.) i to nie tylko w tym miejscu. W Buenos Aires przygotowano piękny spektakl przedstawiający najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Miałam szczęście zarówno oglądać samo przedstawienie, jak i podziwiać ogromny tłum Argentyńczyków śpiewających znane patriotyczne piosenki wraz z artystami ze sceny. To był naprawdę wzruszający widok!

 

Kolejnym interesującym miejscem jest położona ponad 550 km na południe od San Miguel de Tucumán 1,5-milionowa Córdoba (założona już w 1573 r.). To drugi największy pod względem liczby ludności ośrodek w Argentynie po jej stolicy. Należy do najstarszych kolonialnych miast w kraju – znajduje się tu pierwszy argentyński uniwersytet (Narodowy Uniwersytet w Córdobie – Universidad Nacional de Córdoba, utworzony w 1613 r.). Warto pochodzić wśród historycznej zabudowy i zwiedzić wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO dzielnicę jezuicką z urokliwą architekturą (Manzana Jesuítica). Jak przystało na ośrodek studencki, w Córdobie kwitnie również życie kulturalne i nocne.

 

Z miasta polecam przenieść się na łono natury – do Parku Narodowego Talampaya leżącego w prowincji La Rioja przy granicy z prowincją San Juan. Można w nim oglądać spektakularny kanion czy niezwykłą formację skalną Talampaya mierzącą 143 m. Do tego obszaru przylega Park Prowincjonalny Ischigualasto (Parque Provincial Ischigualasto, położony już w prowincji San Juan), zwany także Doliną Księżycową (Valle de la Luna) ze względu na nieziemski krajobraz, jaki rozpościera się tu przed oczami przybyłych.

 

KRAINA WINA, STEKÓW I „ASADO”

 

Zarówno prowincje La Rioja i San Juan, jak i Mendoza, Salta, Córdoba czy Catamarca słyną z win. Argentyna jest obecnie szóstym krajem na świecie pod względem wytwarzanych ilości tego produktu. Argentyńczycy piją bardzo dużo czerwonego wina, więc nie ma się co dziwić, że jego butelka bywa tańsza od wody. Poza tym w 2010 r. wino zostało ogłoszone tu narodowym trunkiem, a to zobowiązuje.

 

Kieliszek miejscowego malbecu idealnie pasuje do tutejszych steków wołowych, z których – zasłużenie – ten kraj słynie na całym świecie. Tak wielką popularność temu daniu przyniosła nie tylko wysoka jakość argentyńskiej wołowiny, ale również sposób, w jaki Argentyńczycy potrafią ją przyrządzić. Weekend spędzony ze znajomymi będzie nieważny, jeśli przynajmniej raz nie zorganizuje się asado. Nazwa ta oznacza zarówno spotkanie przy typowym argentyńskim grillu, jak i samo grillowane mięso. Upieczona na ogniu lub nad żarem z węgla drzewnego wołowina z lampką czerwonego wina smakuje wyśmienicie! Do tego podaje się zwykle jakąś zieloną sałatkę i pieczywo, ale dla wielu Argentyńczyków są one tylko niezbyt istotnym dodatkiem. Na ruszcie porcji znajduje się zawsze za dużo, a to dlatego, że jak mawiają niektórzy, asado jest nieudane, jeśli całe mięso zostało zjedzone.

 

R5B 2 - Gourmet - Gastronomia - Asado Buenos Aires

Asado – baranina pieczona w stylu patagońskim z lampką argentyńskiego wina

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

LODOWCE I KONIEC ŚWIATA

 

Autentica - Patrimonio de la Humanidad - Ballenas Puerto Madryn Chubut

W okolicach Puerto Madryn można od czerwca do grudnia podziwiać walenie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

W Argentynie im przemieszczamy się dalej na południe, tym robi się bardziej surowo i zimno, ale i ciekawiej. Patagonia słynie z ogromnych przestrzeni, niezwykłych krajobrazów i swoich letnich wiatrów, które niemal urywają głowy. Ten region leży w strefie ryczących czterdziestek (stałych wiatrów zachodnich o bardzo dużej prędkości wiejących pomiędzy 40 i 50° szerokości geograficznej). Jednym z najbardziej znanych miast tej krainy jest 120-tysięczne San Carlos de Bariloche, położone nad południowym brzegiem pięknego polodowcowego jeziora Nahuel Huapi, na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, niedaleko granicy z Chile. W okolicy trudno się nudzić. Latem można wybrać się na trekking w góry lub wyruszyć do któregoś z punktów widokowych, a zimą zjeżdżać na nartach czy snowboardzie na ośnieżonych stokach największego w Argentynie kompleksu narciarskiego. Szczególnie wart uwagi jest lodowiec Czarna Zaspa (Ventisquero Negro) na wygasłym wulkanie Tronador (Cerro Tronador, 3491 m n.p.m.). Woda spływa z niego po wysokim klifie, tworząc malowniczy wodospad.

 

Dla odmiany nad Atlantykiem znajduje się półwysep Valdés. To miejsce, wpisane w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, stanowi ważny obszar ochrony życia morskiego. Można tutaj zobaczyć m.in. walenie południowe (zazwyczaj od maja do grudnia), pingwiny magellańskie, uchatki patagońskie, orki, kotiki południowe, słonie morskie (mirungi) czy toniny (delfiny) czarnogłowe. To prawdziwy raj dla miłośników fauny.

 

Dalej na południe, w Parku Narodowym Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) panuje już wieczna zima. Swoimi granicami obejmuje on Południowy Lądolód Patagoński, który jest trzecim największym lądolodem na ziemi po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Na tym terenie znajduje się 49 dużych lodowców (leżących w Argentynie i Chile), w tym najbardziej popularny wśród turystów Perito Moreno (zajmujący powierzchnię ponad 250 km²). Ten ostatni robi naprawdę olbrzymie wrażenie na oglądających – sunie do przodu, stuka, trzeszczy, a bryły wielkości autobusu odłupują się od niego i spadają do wody z hukiem przypominającym wybuch bomby. Do tego ten argentyński lodowiec mieni się odcieniami bieli i błękitu. Perito Moreno ma 5 km szerokości, 30 km długości i wystaje nad poziom jeziora Argentino średnio na wysokość 74 m, czyli mierzy mniej więcej tyle, ile ok. 20-piętrowy budynek! Większa jego część (jeszcze jakieś 100 m) kryje się pod powierzchnią wody. To jeden z niewielu lodowców na świecie, który postępuje zamiast się cofać.

 

Podczas pobytu w tej części Argentyny nie można odpuścić sobie wizyty w 60-tysięcznej Ushuai, uchodzącej za położone najdalej na południe miasto na naszym globie (choć dalej znajduje się jeszcze chilijska miejscowość Puerto Williams). Leży ona na archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego) oddzielonym od kontynentu Cieśniną Magellana. Rejs po Kanale Beagle, podglądanie uchatek patagońskich, amfitryt lamparcich (lampartów morskich), mirung oraz pingwinów królewskich, magellańskich i maskowych (latem), wizyta w Parku Narodowym Ziemia Ognista (Parque Nacional Tierra del Fuego) czy odwiedziny w muzeum morskim (Museo Marítimo) mieszczącym się w dawnym więzieniu (Ushuaia była niegdyś kolonią karną) to obowiązkowe atrakcje turystyczne w tym mieście na końcu świata. Pod względem kulinarnym Ushuaia słynie z wielkich krabów królewskich, które można sobie samemu złowić przed przygotowaniem przez kucharza – takie doświadczenie będzie prawdziwą gratką dla odważnych smakoszy. Wreszcie, to tu kończy się słynna Droga Panamerykańska (hiszp. Carretera Panamericana) wiodąca przez obie Ameryki aż od Alaski (przerwana tylko przez przesmyk Darién) i tutaj następuje kres naszej wspaniałej podróży. Argentyno, do zobaczenia następnym razem!